DAEE Ewent "BOSKA UCIECZKA"
#1
Tak tak tak! Znowu wyruszamy! Tym razem w przeciwnym kierunku!

[Obrazek: baner_do_formularza.png]

Przedsiębiorstwo Poszukiwania Boskich Przygód DAEE zaprasza na 30-to dniowy ewent p.t.


"BOSKA UCIECZKA"


Jak pewnie pamiętacie, Kaziu Boski szukając przyczyn tak wielu kłopotów na które natknęła się  ekspedycja NOWA ZIEMIA 3309,  zadarł niechcący z sektą FAR GOD która wypuściła za nim list  gończy. Nagroda za jego głowę w wysokości miliarda kredytów, przyciągnie na pewno wielu żądnych krwi łowców głów. Postanowił więc ewakuować się z zamieszkanych obszarów Bańki i zniknąć w otchłani galaktyki. Wcześniej jednak musi dotrzeć do Coloni, aby tam u jednego z inżynierów, zmienić sygnatury swojego statku....








Co będzie się działo dalej?
 Czy Boski dotrze do Koloni? Wszystko zależy od Was!
Możecie przyłączyć się do jego grupy ucieczkowej i wspierać siłą ognia i sprytem

lub..

Wcielić się w Łowcę Głów i polować na jego statek!


Wybór należy do Was!

Zapisz się już teraz za pomocą formularza  aby dołączyć do tej szalonej imprezy.
Tutaj znajdziesz regulamin ewentu plus dodatkowe informację.


Zapisy do 04.10.3309

Startujemy 05.10.3309

Zapraszamy!


Na wszelkie pytania odpowiem, nieścisłości wytłumaczę. Szukajcie mnie na Discord lub na forum.
Jeżeli jesteście zaciekawieni co działo się z Kazikiem wcześniej, odwiedźcie wątek Ekspedycja Nowa Ziemia 3309 w dziale Kartografia!
Odpowiedz
#2
Wideo log wysłane przez Kazia Boskiego na tajny serwer Misty.

 Wiadomość powinna być zabezpieczone przed przechwyceniem przez Łowców 

wysłanych przez sektę Far God.....



>>>===== .....&%&%&=====<<<<   ....   .......   .......................................................






Odpowiedz
#3
Czerń za iluminatorem była nawet bardziej czarna niż zwykle. Pojedyncze punkty, układające się w nieznane nikomu gwiazdozbiory, zdawały się odwracać od kapitana statku, by użyczyć mu jak najmniej światła. Majestatyczne, blado-złote malowanie, spowite było mrokiem bezkresnej pustki i nie wyglądało równie majestatycznie, jak w błękitnej poświacie śluzy każdej większej stacji kosmicznej. Ciche buczenie silników nie przypominało już tego wesołego ryku, gdy okręt wyruszał na swoją kolejną eskapadę, a raczej zdławione wycie rannej bestii, niezdolnej do wydawania innych dźwięków.


- Naprawa wyrzutni numer trzy przeciąga się, sir - zabrzmiał mechaniczny głos. - Wyrzutnie numer jeden i dwa sprawne. Napędy główny i pomocniczy sprawne, sensory działają, ale w ograniczonym zakresie.

- Jak przeciwśrodki?

- Naprawa zarówno pułapek termicznych jak i generatora osłon trochę zajmie, ale w przeciągu pół godziny wszystkie systemy obronne będą sprawne, sir.

- A co możesz mi dać w dziesięć minut?

- Możemy zaprzestać naprawy flar i skupić się na osłonach, wtedy w przeciągu pięciu minut będą działać, po kolejnych pięciu osiągną ponad połowę sprawności.

- Tak zrobimy. Niech piloci będą gotowi do wylotu od razu po wyłączeniu silnika FSD. Zaatakujemy ich na podejściu do stacji.

- Sir! - jedynie nieco mniej bezduszna od swojego kapitana maszyna poczuła się w obowiązku by ostudzić zapał swojego właściciela. - Nawet przy w pełni sprawnych generatorach osłon nie będziemy w stanie nawiązać równorzędnej walki z ciężką maszyną bojową. Połowa systemów ledwo się trzyma połatana przez moduł naprawczy, druga połowa nie działa w ogóle, kadłub gubi atmosferę w przedziałach maszynowym, hangarze pojazdów naziemnych, ładowni, bakburtowym kolektorze energii. Drugiego takiego starcia nie przetrwamy. Szczególnie, że zgodnie z wcześniejszymi podejrzeniami, cel nie jest sam i towarzyszy mu jeszcze jeden statek.

Choć człowiek przy maszynie wyglądał dość niepozornie, to nie zareagował w widoczny sposób na argumenty droida, którego słowa zawisły złowróżbnie w powietrzu. Nawet patrząc przez iluminator widać było zniszczenia, jakie zdobiły kadłub statku, dlatego to, co powiedział przed chwilą, było zwyczajnie niepotrzebne. W miejscu, gdzie dziób zaczyna co raz gwałtowniej się zwężać, wyraźnie po prawej stronie patrząc od strony mostka, co najmniej czterometrowa szrama strzępiła pancerny kadłub, jakby to nie były wzmacniane powłoki ze stopów kilku metali i kompozytów, ale papierowa koperta, którą ktoś niewprawnie otwierał palcem. Nawet iluminator po drugiej stronie pomostu dowodzenia był osmalony od bliskiej eksplozji pocisku, w ostatniej chwili zestrzelonego przez działka obrony punktowej. Na obecnie pustym stanowisku inżyniera pokładowego prawie wszystkie możliwe lampki paliły się na różne, choć zawsze ostrzegawcze kolory. Nawet dzieciak, którego kapitan pozwoliłby wpuścić na mostek, by ten z wścibską ciekawością popatrzył na różne różności, musiałby się szybko skapnąć, że statek nie tyle nie jest w najlepszej formie, co kona w zawieszeniu między skierowaniem do stoczni remontowej, a tej złomowej. Sam człowiek opierający się o framugę grubego iluminatora w pełni odzwierciedlał stan swojego okrętu. Nienaganny, biały kombinezon, prezentujący się jak idealnie wyprasowany mundur, jakby blakł, w zestawieniu z przekrwionymi oczami i lekko przygarbioną sylwetką. Godziny tropienia, skanowania śladów użycia napędu FSD, odwiedzania stacji i skanowania pustej przestrzeni. Raz już prawie miał w zasięgu swój cel, ale ten w ostatniej chwili uciekł. Potem długo zliczał trasy, by móc wyprzedzić przeciwnika i czekać w zasadzce, ale ten był gotów i teraz dumny okręt, będący na wpół wrakiem dryfował bezwiednie w bezgranicznej pustce, oszczędzając energię działającego wyłącznie dzięki modlitwom generatora.

- Wiem, wiem... Ale nie możemy odpuścić. Musimy go chociaż spowolnić. Ten człowiek zamordował wielu ludzi, a z tego co wiem, Blake jest już w drodze i podobno jest nawet niezły w polowaniach. Musimy chociaż spróbować. Bo właśnie tak trzeba - nie liczył, że argument moralny trafi do maszyny, więc wyciągnął kolejny, który nawet ona musiała zaakceptować. - Bo wkrótce przyłączy się do niego więcej takich jak ten, który się spóźnił na walkę. Za kilka dni zbierze wokół siebie małą armadę i pozostanie bezkarny już na zawsze. Ten człowiek ma znajomych w każdym zamieszkanym systemie między Siriusem a Kopernikiem. Zlecą się jak muchy do świeżego stolca i tym trudniej będzie go wyłuskać.

Ostatnie słowa prawie wykrzyczał we wściekłości. Z jednej strony był wdzięczny, że Zwiad Kartograficzny do niego dotarł, by mu to przekazać, bo w innej sytuacji pewnie sam nieświadomie by się przyłączył do tego zbrodniarza. Nie miał zielonego pojęcia jak można przedstawić ludobójstwo tak, żeby ludzie się do niego przyłączali, ale był pewien, że coś w Kaziku musi być, bo niestety działało. Z resztą, metoda nie była ważna, liczył się skutek. Na wezwanie do poddania się nie było reakcji, a na wezwanie o nie pomaganie zbiegowi jak widać również nie podziałało. Z drugiej strony nie był zachwycony, że człowieka, którego kilkukrotnie łatał w dzikiej przestrzeni, którego wspierał i który zwyczajnie był mu bliższy, niż pierwszy lepszy cieć na stacji kosmicznej, że tego człowieka, ta sama moralność, która kazała go wspierać, teraz nakazuje bezwzględnie zabić, bo okazał się zbrodniarzem, mordercą i tylko Żywe Światło Gwiazd wie co jeszcze zrobił, a nie chce przyjąć odpowiedzialności za swoje czyny. Z resztą, sam fakt, że dostał informację akurat od Zwiadu Kartograficznego go nie zachwycała. Pod dumną nazwą, oprócz finansowania dalekich wypraw w okolice Plejad, kryło się mocno niepopularne podejście do obcych, a mianowicie żywiołowa neutralność, nakazująca zebrać więcej danych, zanim podejmie się działania, przez przypadek jedynie zapominając, że obcy de facto są w stanie wojny z całym gatunkiem ludzkim. Ale Zwiad Kartograficzny też często najmował ludzi do egzekwowania wyroków w systemach zbyt odległych dla zwykłych funkcjonariuszy któregoś z rządów w Bańce, dlatego wiadomość, która kilka dni temu pojawiła się w konsolecie komunikacyjnej, nie była zbyt dziwna. Połowa pilotów, która mogła się tytułować mianem elitarnych eksploratorów, była na liście kontaktowej Zwiadu Kartograficznego, więc prośba o pomoc w schwytaniu złoczyńcy uciekającego naprawdę daleko, nie była niczym niezwykłym. Ba, nie była też pierwszą tego typu, ale była pierwszą, która stała się tak osobista. I pierwszą, którą przyjął. I nie chodziło tu o pieniądze. Nie miał pojęcia skąd Zwiad Kartograficzny ma takie fundusze na polowanie na jednego człowieka, ale w ogóle go to nie obchodziło. Gdy towarzysz zdradza, na dodatek zasady rządzące ludzkością jako taką, a nie po prostu drugiego towarzysza, trzeba działać. Są na tym świecie rzeczy złe i wojownik nie powinien rozważać ich akceptacji i z nimi dyskutować, tylko zrobić co w jego mocy, żeby je zwalczyć.

- Gdy tylko osłony zostaną z grubsza połatane, kurs na stację. W przestrzeni naprawi się kilka innych systemów - mówił dalej już opanowanym głosem, choć z delikatnym westchnieniem. - I przygotuj kapsułę ratunkową. Bo masz rację, nie uda nam się go powstrzymać.
[Obrazek: OgkgpKE.png]
Odpowiedz
#4
Charles siedział zamyślony w fotelu. Piątą godzinę. Miliard kredytów piechotą nie chodzi... Wielu ludzi wzięłoby tą robotę bez zastanowienia, jednak Charles miał inne zmartwienia na głowie niż nagroda za tę robotę.

Szanse, że uda im się zdążyć zbudować odpowiedni statek, zebrać materiały i ulepszyć wszystkie moduły na czas były bardzo niskie.

Charles spojrzał na listę statków w swojej flocie, stwierdzając, że mógłby wykorzystać już zaczętego ORN Pościgowica – statek klasy Krait Phantom, którego ulepszanie rozpoczął celem walki z Thargoidami, gdy te zaatakowały bańkę.

Szybko jednak przekonał się, że walki ax nie są dla niego, więc na wpół zrobiony statek, jak na razie stał w garażu na lotniskowcu jednego z komandorów, który wzbogaciwszy się odszedł na częściową emeryturę i udostępniał go Charlesowi jako bezpłatny hangar w zamian za przysługę, którą ten dla niego zrobił jakiś czas temu.

Blake w teorii mógłby zrobić to samo, i to już w tak młodym jak na komandora wieku... Ale to nie byłoby w jego stylu.

Jego nie obchodziło spokojne odejście w zapomnienie. Jego życiem było to na krawędzi życia i śmierci. Nie chciał spokoju i śpiewu ptaków, wolał przeciążenie rzędu kilkunastu G wciskające go w fotel i ryk silników. I dlatego właśnie był jednym z najlepszych w swoim fachu.

Spojrzał na panel komunikacji i po raz setny przeczytał ogłoszenie;
 
Poszukiwany
żywy lub martwy
raczej martwy
 
Komandor Kazimierz Boski.
 
Nagroda za głowę:
1 mld kredytów
 
Ostatnio widziany:
Chacahua (nieaktualne)
Deciat (nieaktualne)
Jarojinanh (nieaktualne)
Muang (nieaktualne)
HR 8444 – stacja Maskelyne Vision
 
Nagrodę wyznaczyła popularna ostatnio w mediach sekta kultu Dalekiego Boga. Nie żeby go to obchodziło, pieniądze to pieniądze. To nie byłby pierwszy raz, gdy pracuje dla kogoś moralnie wątpliwego.

Zastanawiała go inna sprawa. Cel musiał mieć dobre stosunki z Husarią. Trzy z pięciu podanych systemów były pod husarską jurysdykcją.

A z nimi Charles wolał nie mieć złych stosunków, zwłaszcza, że Cel wydawał się kimś ważnym. W końcu powierzono mu dowództwo nad poważną ekspedycją, jakieś pół roku temu. No ale nic, nie byłaby to pierwsza robota wymagająca kompletnej anonimowości.

Jednak wciąż wiele rzeczy zostawało bez odpowiedzi. Charles zastanawiał się czy nie zbyt wiele... W końcu chwycił przepustnicę Mamby i wyznaczył kurs na lotniskowiec.

Widząc to, mały ornitopter stylizowany na nietoperza podleciał na panel sterujący dla drugiego pilota.

- To co w końcu? – Spytał Shift.

- Zbyt wiele rzeczy mi tu śmierdzi. Ale w sumie mogę już zacząć budować statek... Szacując że Cel będzie chciał polecieć lotniskowcem, oraz że będzie musiał kupić statek i moduły do niego, jakie mamy szansę żeby zdążyć zbudować nasz, zanim ucieknie poza bańkę?

- Dokładnie 7 procent i 55 setnych.

- Mało. – Mruknął. Musiał zrobić kilka optymistycznych założeń. Bardzo optymistycznych.

- A przy założeniu że musi przygotować lotniskowiec do podróży do kolonii? I że my polecimy naszym Phantomem? Jakie są szanse? – Shift milczał przez chwilę.

- 25 i 6 dziesiątych.

- Jedna czwarta – Mruknął. Będzie jakoś musiał zmniejszyć tą przewagę... i chyba nawet miał już pomysł jak. – Na razie będzie musiało wystarczyć. Shift, uruchom panel komunikacyjny, muszę zadzwonić do kilku moich kontaktów.

Frame Shift Drive Charging


 
Około pół godziny później przed nimi wyłoniła się sylwetka Nautilusa.

- Wchodzisz w przestrzeń powietrzną lotniskowca „Dream came true”. Mówi wieża kontroli lotów, podaj swój identyfikator oraz intencje. – Usłyszał przez komunikator.

- Shift...?

- Już łączę. – Przerwał mu nietoperz. – Jesteś na linii.

- Mówi komandor Charles Blake, identyfikator omega lambda seven ex el nine . Chciałem zabrać jeden z moich statków.

- Identufikator potwierdzony Komandorze Blake, proszę chwilę poczekać. – Po kilkunastu minutach, które ciągnęły się w wieczność w końcu usłyszał odpowiedź. – Hangar 14, zapraszam. Czy komandor życzy sobie, by rozpocząć procedurę automatycznego dokowania?

- Nie trzeba, zrobię to sam. - Odparł chłodno. W dzisiejszych czasach nikt nie używał auto dokowania. Oczywiście oprócz pilotów-nowicjuszy, no ale oni mieli wymówkę w postaci braku doświadczenia. Zadanie takiego pytania jakiemukolwiek pilotowi Charles uważał za zniewagę, jednak samemu nie mógł nic na to poradzić.

Z tymi przemyśleniami Charles posadził statek na lądowisku i zjechał do hangaru. Jeszcze zanim platforma dobrze się usadowiła na dole, on już schodził po tak dobrze znanej mu drabinie między silnikami statku.

Podszedł do jednej z turbowind, po czym ją przywołał. Zanim jednak do niej wszedł, odwrócił się w stronę statku, który mu tak dobrze służył przez te wszystkie przygody.

– Będzie mi ciebie brakować. –
ruknął pod nosem. Zdążył się przyzwyczaić do tego statku. Odwrócił się spowrotem. – Nienawidzę pożegnań. – Stwierdził, po czym wszedł do windy.



Załoga przygotowała jego statek już drugą godzinę. Blake był ciekaw, jak szybko by to zrobili, gdyby był tutaj kapitanem... Załoga nie miała tutaj trudnego życia, wielu się rozleniwiło. No i nic dziwnego, skoro właściciela nie było tutaj już kilka miesięcy.

Rozejrzał się po barze. Czuł się jak zwierzę w klatce. Gdyby teraz się coś stało, nie miałby jak uciec. Jego ręka ciągle wędrowała w okolicach ukrytej kabury z pistoletem. Był niespokojny i cały czas się wiercił, co nie uszło uwadze innych osób obecnych tutaj.

Kilku już próbowało go zaczepiać, ale nie dał się sprowokować. Nie wiedział jednak, jak długo wytrzyma.

- Pan Blake? – Na dźwięk swojego nazwiska prawie wyciągnął tormentora, jednak zdążył się opanować. – Pański statek już czeka. – Powiedziała młoda kobieta, po czym odwróciła się na pięcie i wyszła z baru. Charles nie zastanawiał się ani chwili dłużej. Natychmiast skierował się w stronę wind.
___
 
Gdy drzwi się otworzyły, przywitał go widok, którego się nie spodziewał. Phantom wyglądał na większego, niż go zapamiętał. Jednak nie to go zdziwiło, a mnóstwo kurzu na poszyciu, ledwo było widać nazwę statku. Zdecydowanie brakowało kilku elementów, a na pancerzu widać było prowizorycznie załatane uszkodzenia po starciach z obcymi.

Zdecydowanie nie tak powinien wyglądać ledwo co przygotowany statek, który zresztą miał tu przejść generalny remont, ale mimo wykonania fatalnej roboty przez załogę lotniskowca, Blake nie zamierzał narzekać. Nie lubił siedzieć w jednym miejscu dłużej niż to było konieczne. W tym momencie odleciałby stąd nawet w Haulerze. Skierował się w stronę wejścia, mając jedynie nadzieję, że statek był zatankowany.


 
Najpierw usłyszał przytłumiony dźwięk rozmów. Potem uderzyło go oślepiające, białe światło.

- Pacjent wybudzony. Witamy na lotniskowcu Helena. Proszę podać swój identyfikator. – Po tych słowach usłyszał coś, co brzmiało jak fragment znanego każdemu komandorowi dźwięk interdykcji, tyle że zdublowany. Po chwili ciszy domyślił się, że maszyna czeka aż się przedstawi. Wciąż był jednak osłabiony, więc zamiast zwyczajnego „Charles Blake” wymruczał tylko coś niewyraźnie. – Nie rozpoznano. Proszę powtórzyć.. – Mężczyzna zebrał się w sobie.

- Blake! Charles Blake! – Prawie krzyknął.

- Rozpoznano; komandor Charles Blake. Czy potwierdzić?

- Ta – mruknął. W tym momencie jedyne na co miał ochotę to się położyć i spać... jednak równie dobrze wiedział, że nie było mu to dane.

- Wybrano: Charles Blake. Witamy Komandorze. Cena za wykup statku musi zostać uiszczona w przeciągu dwudziestu czterech godzin. Czy wykonać teraz? – Zastanowił się chwilę. Że co? Wykup? Co się w zasadzie stało? Pamiętał tylko interdykcję Celu, a potem...

- Ten Krait! – Wspomnienia wróciły do niego niczym lawina. Oczywiście spodziewał się oporu od swojego celu, jednak był on znacznie cięższy niż jego statek mógł wytrzymać.

Co prawda udało mu się uciec, jednak przez cały czas coś mu nie grało. Co chwila widział migotanie na radarze, jakby próbował się on skupić na jednym celu, ale nie mógł go do końca wykryć.

Wszystko stało się jasne kilka systemów później, kiedy to podczas koniecznych napraw w okolicy głównej gwiazdy w jednym z pobliskich systemów, zaatakował go statek tej samej klasy co jego.

Z tarczami na absolutnie śmiesznym poziomie i połowie rzeczy niedziałających nie miał szans na wygraną, chociaż Blake upewnił się, że jego przeciwnik też będzie musiał się wycofać z walki na dłuższą chwilę. Nie zwrócił uwagi na imię atakującego, jednak zapamiętał nazwę statku: „Boska Tarcza”.

Jednego był pewien; jego Phantom nie nadawał się do tej roboty.

- Wciąż brak odpowiedzi. – Odgłos automatycznego głosu wybił go z rozmyślań. Zastanowił się chwilę.

- Nie. – Nie miał zamiaru marnować pieniędzy na statek, który i tak mu się nie przyda.

- Posiadasz wystarczającą ilość kredytów by pokryć koszty wykupu. Jego brak będzie skutkować zezłomowaniem wraz z wszystkimi modułami. Czy na pewno chcesz kontynuować?

- Tak.

- Wykup anulowany. Wobec jego braku na pad numer 18 zostanie przygotowany tymczasowy Sidewinder.

Proszę go zwrócić w najbliższym możliwym momencie. Dziękujemy za skorzystanie z usług InterAstra Insurance’n’Ships. - Monitor znad jego głowy schował się spowrotem we wnękę w ścianie. Blake rozejrzał się po skrzydle szpitalnym. 

Był już na wielu – taki żywot Łowcy. Przez ten czas zdążył znienawidzić sen Kriogeniczny. Cieszył się natomiast z faktu, że nie został dziś porzucony na pastwę przestrzeni kosmicznej – bo nie wątpił, że właśnie tak kiedyś skończy się jego żywot.

Uśmiechnął się. Kiedyś, ale nie dziś. Podniósł się na rękach i natychmiast tego pożałował. Piekący ból głowy prawie zwalił go spowrotem do kapsuły, w której leżał. No tak. Zapomniał o nim. No to może poleży tu jeszcze chwilę... I zastanowi się nad nowym statkiem.

I tym razem nie wyciągnie pierwszego lepszego statku, z modułami od bezzębnego menela pod miejscowym barem. W sumie zawsze chciał się przelecieć Federalnym Szturmowcem...


 
„Czy jesteś pewny?” Pytanie było czysto teoretyczne. Charles już kilkukrotnie przemyślał tą sprawę. Bez wąchania potwierdził operację zakupu. „Dziękujemy za zakupy, pański statek będzie czekać na lądowisku piętnastym”. Blake zamknął panel w sklepie i skierował się do sklepu z modułami.

Według popularnej Inary znajdowało się tutaj wszystko, czego potrzebował. Jak każdy sklep w dzisiejszych czasach, był samoobsługowy, pracownicy byli tutaj tylko do sytuacji „awaryjnych”. 

Czyli takich do których nigdy nie dochodziło, ale jeśli miałoby dojść to będą tutaj niezbędni. Bez wachania wybrał potrzebne moduły i wykonał przelew. Teraz miał chwilę dla siebie, zanim zostaną one zamontowane na statku. Pokręcił się chwilę po stacji, zanim skierował się do hangaru. Przy okazji za pośrednictwem swoich kontaktów upewnił się co do lokalizacji celu i porażce łowców, którzy zaatakowali go na lotniskowcu. Przynajmniej sam lotniskowiec był uziemiony na dobre.

- Jesteś pewien, że jednak nie bierzemy federalnego...? – Zaczął Shift przez komunikator, gdy Charles znajdował się w windzie.

- Pewny. Szturmowiec posiada za mało modułów do zamontowania i zbyt niski zasięg. Nawet jeżeli wsadzić do niego guardiański wzmacniacz, to wytrzymałość kadłuba będzie poniżej akceptowalnej wartości.

- Zrozumiałem. Ale to oznacza...

- Więcej modułów do ulepszenia, tak. Ale wolę to, niż użeranie się z Celem w „Pościgowcu”.

- Ale czy na pewno chcemy...?

- Chcemy. – Odparł Blake. Drzwi się otworzyły, a jego oczom ukazał się nowiutki Chieftain.
Wiem, jestem dziwny. Ale to moja dziwność, teraz wy też będziecie musieli sobie z nią radzić.

A jak się nie podoba to krzyż na drogę i kulka w łeb.
Odpowiedz
#5
- Nie myślał pan, żeby się tu osiedlić na stałe?

Gabinet gospodarza był przestronny, ale dla człowieka przyzwyczajonego do zmniejszonego ciążenia sztucznej grawitacji i towarzystwa bezgranicznej przestrzeni, nawet największy gabinet, na największej orbitalnej stacji, zwyczajnie nie był wystarczająco przestronny. Tym niemniej nie można było odmówić tego, że przestrzeń została wykorzystana z klasą. Centralnym punktem pomieszczenia było pokaźne biurko. Kumulowało ono w sobie jakby elementy całego gabinetu. Lekko na uboczu stała obita szarym materiałem sofa, która pewnie pozwalała gospodarzowi nie opuszczać biura nawet na noc, gdyby była taka potrzeba, ale pozwalała też bardziej komfortowo przyjąć gości, którzy mieli współpracować nieco dłużej, niż przeciętny łowca odbierający nagrodę. Po przeciwnej stronie, w masywnych gablotach, stały prawdopodobnie zarekwirowane, lub zgromadzone przez lata egzotyczne bronie. Niektóre Shahbaz widział po raz pierwszy, inne znał doskonale, ale wszystkie należały raczej do drogich trofeów, niż do współczesnych, tanich zabawek. Obok była jeszcze jedna gablota, wyglądająca jak słup światła, z unoszącymi się hełmami. Choć zwykle to młodsi wojownicy gromadzili tego typu pamiątki, to jednak taka kolekcja u kogoś tak doświadczonego nie budziła większego zaskoczenia. Bez trudu można było rozpoznać zarówno charakterystyczny hełm Protektorów, jak i nieco popularniejszy, ale nadal rzadko widywany w barach, hełm wyścigowych pilotów Eagle Run, z typowymi tylko dla siebie dodatkowymi inhalatorami, wtłaczającymi powietrze w pilota poddanego ogromnym przeciążeniom. Lecz nie cała kolekcja była wystawiona w gablotce, bo wyjątkowy okaz znajdował się na biurku na zdobionej podstawce, będący prawdopodobnie pamiątką, bo był to stary, użytkowy hełm do skafandra kadeta, którego wizjery stałe koncentrowały się na osobie zajmującej fotel gospodarza, a mający widoczne ślady dawnej naprawy system komunikacji musiał mieć co najmniej dwadzieścia lat, więc używanie co teraz, gdy za psie pieniądze można było kupić wyposażenie z aktualnym standardem, musiało być jakąś oryginalną metodą samobójstwa. Widocznie ten konkretny musiał mieć dla właściciela jakieś szczególne znaczenie, bo materialnie przedstawiał zdecydowanie mniejszą wartość niż którykolwiek prezentowany w dobrze podświetlonej gablotce. 

- Nie. Przyszedłem po swoje pieniądze. I zostawić to - po okazałym biurku przesunął się klasyczny chip, ktory zdawał się zwracać uwagę gospodarza mniej niż rozmowa o wzbogaceniu przyszłego funduszu emerytalnego gościa. - Domyślam się, że żaden statek kurierski nie zjawił się tu, by przywieść informację o pojedynczym uciekinierze, na szczęście ja byłem w pobliżu.

- Nie zapłacę panu ani miedziaka więcej niż stało na listach gończych, bo pofatygował się tu pan z kolejnym nakazem. Za to mogę panu zaoferować pracę na stałe. Szybko się pan uporał z bandą Killiana. My ich tropiliśmy od miesiąca, a pan proszę, ledwo się zjawił i już taki sukces! - skrzyżował ramiona na piersi, jednocześnie kiwając głową z uznaniem. - Przyda nam się taki talent. Piractwo na Colonia Bridge szerzy się co raz bardziej i taki człowiek w szeregach, to prawdziwy skarb. Myślę, że możnaby po krótkim wdrożeniu postawić pana na stanowisko oficerskie, panie Luison.

Gość uśmiechnął się perliście. Przez tyle lat za sterami, mając na karku setki potyczek i dziesiątki bitew, nie mówiąc o tysiącach wszelakich kolizji, oczywiście żaden ząb olśniewajacego uśmiechu nie był niczym więcej, jak ceramicznym wytworem współczesnej medycyny.

- Dziękuję za tak atrakcyjną ofertę komendancie, ale ja naprawdę jestem już za stary, żeby się ustatkować - abstrakcyjny żart w wykonaniu młodszego od niego człowieka chyba nie przypadł gospodarzowi do gustu, bo sztuczny śmiech bardziej szpecił majestatycznego wąsa, niż zdobił poważną twarz. - Ten chip jest mi potrzebny, a informacje na nim powinien pan mieć u siebie.

- Widzę, narwaniec z pana. Takiego żywiołu nie sposób utrzymać w jednym miejscu - żartobliwie pogroził palcem i nie przerywając rozmowy wetknął chip w swoją stację roboczą zintegrowaną z biurkiem. - Ale jak pan będzie wracał z Kolonii, to prosz...

Nagła przerwa i kilka sekund ciszy wyraźnie nie były zaplanowane. Wzrok komendanta obrony stacji po chwili studiowania nowych zapisów powędrował do góry, gdzie napotkał uśmiechnięte spojrzenie gościa.

- Był tu, prawda? - rozmowa zmieniła obrót bardzo gwałtownie i mimo bezpiecznej pozycji siedzącej za biurkiem jednego z rozmówców, nieznajomy wchodzący do gabinetu nie mógł być pewien kto jest czyim gościem. - Oczywiście, że nic nie wiedzieliście, nie twierdzę inaczej i nikt nie będzie tego podważał - uciął zanim wąsacz zdołał zrobić użytek z nabieranego powietrza. - Ale był tu. Może nawet w tym gabinecie. Może nawet tak jak ja znał go pan kiedyś i jeszcze wypiliście strzemiennego nim odleciał. Ale teraz już pan wie, że to renegat i morderca. Że może pan się uważać za szczęściarza, bo nie wszystkim udało się przeżyć spotkanie z nim. I rozumiem, że teraz, gdyby ponownie się tu zjawił, zostanie właśnie tak potraktowany, jak renegat i morderca, jak zdrajca, który za długo jest już na wolności.

- Pan się chyba trochę zapomina.

- Mam nadzieję, że nie uraziłem? 

Mężczyźni przez kilka sekund mierzyli się wzrokiem. Stanie w służalczej postawie przed biurkiem niedoszłego pryncypała było dość niewygodne, ale najwyraźniej obszerny fotel nie był zbyt wygodny, bo zajmujący go powoli zanurzał się w nim co raz głębiej, milimetr po milimetrze, a w końcu pierwszy spuścił wzrok, dając zwycięstwo w tym pojedynku uśmiechniętemu gościowi.

- Jestem dość wyczulony na tym punkcie, ale chyba nie chciał mnie pan obrazić. Tu wciąż mamy żywy zwyczaj pojedynkowania się o urazy - ostatnie zdanie miało brzmieć jak groźba, ale najwyraźniej mówca szybko zmienił zdanie. - Ale oczywiście za młodzieńczą brawurę nie mógłbym żywić takiej urazy.

Wstał, by podać chip gościowi i zgodnie z pradawnym zwyczajem, mężczyźni podali sobie ręce.

- A tak między nami... - rzucił, gdy gość powoli zaczął się oddalać od biurka. - Pan w to wierzy? Że Kazik mógłby...

- Wiara nie ma tu nic do rzeczy.

- A jednak pan nie odpowiedział? - nadzieja w głosie komendanta była aż nazbyt wyczuwalna.

Nie mogąc dłużej ignorować tematu, Shahbaz odwrócił się z powrotem w stronę przysadzistego mężczyzny. Ten mógł być w wieku Boskiego, może trochę starszy. Albo bardzo starszy, trudno powiedzieć na ile ufać białym włosom na głowie, gdy mowa o kimś z tak odpowiedzialną funkcją, szczególnie, że ten zachowywał się raczej raźnie i rześko. Z dawną manierą, powoli się deaktualizującą w co raz bardziej laicyzowanej kulturze, ale dalej raźno i rześko.

- Nigdy nie byłem jego wielkim przyjacielem, jeśli o to pan pyta.

- Nie o to pytam.

Shahbaz doskonale wiedział czego dotyczyło pytanie, ale nie miał co odpowiedzieć. Miał mu rzucić, że czuję się zdradzony? Że nie chce wierzyć, że Kazik zamordowałby z zimną krwią wielu ludzi? Że wolałby, aby wszystko okazało się gargantuicznym nieporozumieniem? Że żygać mu się chce gdy pomyśli, że ktoś kogo znał popełnił ludobójstwo? Że bardzo nie chce pociągnąć za spust, ale jest to jedyne właściwe rozwiązanie? Że za każdym razem prosi o poddanie się, ale zbrodniarz ucieka dalej i dalej, i nie może już dalej prosić. Musi najpierw strzelać, potem pytać. Musi współpracować z najemnikami, których obchodzą tylko pieniądze, których nie interesuje co robią i dlaczego, dopóki przelew przychodzi w terminie. Musi robić wiele rzeczy, których nie chce, bo gdyby ich nie zrobił, to nie mógłby ze sobą żyć. A życie już teraz jest trudne i równie wielkim obrzydzeniem co wciąż umykający zbrodniarz, napawał go co raz bardziej obcy człowiek w lustrze.

- Panie komendancie... - zaczął powoli, dogrywając w głowie słowa nadchodzących zdań. - Nie było mnie tam, a sądząc po tym - teatralnie uniósł chip - może to i lepiej, bo byśmy nie mogli spokojnie porozmawiać. Nie wiem co tak naprawdę się stało. Wiem, że zginęli ludzie, sekciarze go oskarżają i wydaje się, że mają powody, został wydany list gończy, na pewno nie dla żartów i na pewno nie bez powodu, nawet husarze go wywalili ze swoich szeregów, a Zwiad Kartograficzny wysyła między innymi mnie, za ogromne pieniądze, bo się boją, żeby ludzie w Kolonii pewnego dnia nie znaleźli wymordowanej osady. Nie potrzebuję wiary, żeby wiedzieć co trzeba z nim zrobić. Mam go dostarczyć do najbliższej kolonii karnej, a gdyby stawiał opór, to go zabić - na wzmiance o zabiciu Kazika komendant jakby drgnął nieco. Albo to Shahbaz się poruszył. - Dlatego nie muszę wierzyć. Bo ja to wiem.

Odwrócił się i dalej powoli przemierzał niby krótką, ale dla Shahbaza tak długą trasę.

- On to panu zrobił?

Pytanie znowu zatrzymało Shahbaza. Doskonale wiedział o co chodzi, lecz mimo to ponownie z bólem się odwrócił, by złapać kontakt wzrokowy.

- A o co chodzi?

Liczył, że gospodarz wyczuje, że Shahbaz nie chce na ten temat rozmawiać. Ale niestety komendant nie wyczuł tej sugestii. Albo właśnie wyczuł. Zamiast słów, wskazał tylko na laskę, którą podczas marszu podpierał się pilot.

- Pewnie pochodzi pan z górnego kwadrantu i stymy na pana nie działają i zrasta się powoli?

- Ah to! - sztucznie roześmiał się Shahbaz, bardziej próbując oszukać siebie niż gospodarza. - Nie, nie, pochodzę z czystej rodziny, kolonistów późniejszych fal i stymy na mnie działają. Po prostu...

Słów jakby zabrakło, a wszelkie niejasności mogłyby zostać opacznie zrozumiane. Choć wiedział, że ten temat na pewno się pojawi, ba, nawet się zastanawiał jak go delikatnie przeskoczyć, jak przebrnąć przez niego jak najszybciej, rozważał czy skłamać, jeśli tak, to jak, czy może powiedzieć prawdę, ale nagle jakoś znalazł się w sytuacji, że powiedzenie czegokolwiek stało się problematyczne, dlatego przechylił się lekko i stuknął kilkukrotnie laską w nogę, budzącą zainteresowanie. Mimo kombinezonu dał się słyszeć charakterystyczny, niemożliwy do pomylenia z niczym innym dźwięk metalu uderzającego o metal.

- ...po prostu jeszcze nie do końca się przyzwyczaiłem, ale protetyk mówił, że to długo nie potrwa - dodał ze smutnym uśmiechem.

Komendant zauważalnie przełknął ślinę patrząc się na gościa ze skrywanym zdziwieniem. Shahbaz mógłby przysiąc, że gdzieś z tyłu źrenic zapaliły się też małe płomienie strachu, ale gospodarz doskonale panował nad mimiką i to zjawisko trwało zbyt krótko, by móc je z całą pewnością zarejestrować.

- I to... To on? To on, prawda? To on to... - niezgrabnie próbował złożyć zdanie komendant. Wyraźnie nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Pewnie jeszcze chwilę temu szykował sobie w głowie jakiś żarcik o młodych kościach, ale teraz byłby on wybitnie nie na miejscu.

- Tak - uciął Shahbaz oszczędzając gospodarzowi dyskomfortu. - Ale nie będę przecież go wzywał na pojedynek. Wszak nie żywię o to urazy.
[Obrazek: OgkgpKE.png]
Odpowiedz
#6
BOska UCieczka część druga.

PRemiera piątek 13.10.3309 godzina 20:00 Zapraszamy!






Odpowiedz
#7
- Skaczemy do systemu „Droju OH-T a99-0”. Gwiazda jest tankowalna. – Zaraportował Shift. Charles nie zareagował, przyzwyczaił się już do komunikatów swojego AI. Statek wyszedł z hiperprzestrzeni, a Blake dał pełną moc w skanery. Jeżeli byli wystarczająco szybcy...

- Wykrywam jeden statek klasy Anaconda – Zaraportował Shift. Niepotrzebnie, Charles już siedział mu na ogonie. – Rozpoczynam skan szcze...

- Trzymaj się! – Przerwał mu Blake.

Interdiction tether established.

- Skanuję... Merciful Enforcer, komandor Tryumfator, Anaconda. – Usłyszał nagle.

- Cholera. Nie ten statek. – Mruknął. Nie mógł jednak skorzystać z panelu komunikacji, nie w trakcie interdykcji. – Odpuścić mu czy... – Nie zdążył dokończyć. Anaconda poddała interdykcję. Obydwa statki wypadły z nadprzestrzeni, Anaconda wystawiła hardpointy. Charles natychmiast wysłał prośbę o komunikację głosową. Wrogi statek zatrzymał się wpół manewru.

- Coś za jeden? – Usłyszał nagle w komunikatorze.

- Charles Blake, do usług. Przepraszam za tą interdykcję, naszła mała pomył...

- Boski? – Przerwał mu tamten. Charles zjeżył się. On wiedział o jego celu. Mógł być łowcą, tak jak on albo gorzej. W najlepszym wypadku byli rywalami. W najgorszym... Zerknął na radar. Przeciwnik dalej miał wysunięte bronie.

- Możliwe...

- Znam go. Zakładam, że też go tropisz. – Czyli Łowca. Charles nie zdążył odpowiedzieć, zanim Anaconda schowała bronie. – Shahbaz Luison. Może nie wchodźmy sobie więcej w drogę. – Conda zrobiła nawrót, po czym zaczęła ładować fsd.

- Gonimy go? – Spytał Shift.

- Nie. Nie wiemy jak dobry jest w walce. A nie mamy po co ryzykować statku. Nasz Cel powinien być gdzieś w tym systemie.

- Mówiłeś, że nie wiesz czy możesz ufać temu całemu informatorowi…

- Ale lepszego tropu nie mamy. Idę odpocząć. – Blake wstał z fotela. Phantom był przystosowany do spędzania dłuższych czasów w przestrzeni, więc miejsca dla załogi było sporo. Wychodząc z kokpitu odwrócił się, by zobaczyć ornitopter lądujący na fotelu pilota i podłączający się do łącza przy joysticku. – Leć na tego całego megashipa. Skanuj po drodze wszystkie Condy, jak zauważysz Cel, daj mi znać i spróbuj przechwycić. – Powiedział, a potem drzwi do kokpitu się za nim zamknęły.

Blake obudził się, zlany zimnym potem. Przez chwilę wpatrywał się w sufit, zastanawiając się, gdzie jest. Dopiero wtedy dotarło do niego, że to co przed chwilą przeżył było tylko wspomnieniem, który jego umysł postanowił obejrzeć, gdy on sam był we śnie. Spotkanie z Shahbazem na szczęście nie skończyło się zniszczeniem jego statku, czego nie można powiedzieć o jego następnym spotkaniu z Anacondą... Chwilę później Shift wykrył obecność Boskiego Aligatora… Jego statek ledwo uszedł z tego starcia cało, tylko by zostać zniszczonym kilka systemów dalej.

Charles otrząsnął się. To nie był dobry czas na rozmyślanie. Podniósł się, tylko by zobaczyć wnętrze przyciasnej kabiny Chieftaina. No tak, nikt przecież nie przewidywał, że ten statek będzie stosowany jako eksploracyjny, więc wyposażenie, nawet w pakiecie rozszerzonym, za który Charles dopłacił prawie ćwierć miliona, było dość ubogie. Nie brakowało jednak niczego niezbędnego, więc nie narzekał. Szybko przebrał się w swój kombinezon i skierował do kokpitu wąskim korytarzem.

- Shift, procedury przedstartowe. Jakieś nowości?

- Rozpoczynam procedury przedstartowe. Cała bańka żyje wyborami federacyjnymi…

- Miałem na myśli czy Boski lub któryś z jego pomagierów się pokazali. – Przerwał mu, siadając w fotelu. – Albo inne informacje, które pomogą nam go wyśledzić.

- Brak nowych danych – odparł ornitopter, przysiadając na fotelu drugiego pilota. – Procedury przedstartowe zakończone. Uruchamiam silniki.

- Najpierw połącz mnie z wieżą. – Odparł Blake. Shift milczał przez chwilę.

- Na linii.

- Oscar Romeo November, na padzie drugim. Proszę o zgodę na start.

- Oscar Romeo November zgoda udzielona, wysuwam pad. Colonia Bridge 15 „Sevastopol” życzy bezpiecznej podróży. Wieża out. – Blake poczuł znajomy wstrząs, po czym landing pad zaczął sunąć w górę. Chwilę później puściły klamry zabezpieczające, a statek pomknął w znanym tylko przez Charlesa kierunku.



Minęło kilka dni. Chieftain tankował przy głównej gwieździe systemu, gdy do Charlesa dotarła wiadomość o zarejestrowaniu przez pluskwę na pokładzie „Kastilione’s Vault” zadokowaniu Anacondy. Nie było to nic nowego, Charles pobieżnie sprawdził nazwę i numery statku. Wyprodukowany w 3306-tym roku, jeden z niewielu jubileuszowych modeli z podwójnym mostkiem.

To nie był Boski Aligator. Charles westchnął. Czekał na przybycie Celu już od długiego (zbyt długiego) czasu. Najchętniej poleciałby go szukać, jednak poprzedni megaship cel opuścił już wystarczająco czasu temu, by Charles zdążył przelecieć przez większość systemów oddzielających te dwa cele. Żadnej Anacondy. Po chwili wstał z fotela.

- Shift, monitoruj pluskwę. Jeżeli pojawi się coś ciekawego, daj mi znać. – Już miał wyjść, gdy nagle przypomniał sobie o czymś. – A, i zrób ten kontrolny skan, czy czasem nam czegoś nie podrzucili na pokład. I na drugi raz przypomnij mi, żeby zrobić to od razu po starcie. – Dopiero wtedy wyszedł z kokpitu. Shift zgodnie z poleceniem zaczął skanować wszystkie systemy i pokłady statku. Wszystko wyglądało w porządku, dopóki nie doszedł do ładowni. Gdyby był człowiekiem, prawdopodobnie wytrzeszczyłby oczy ze zdumienia. Natychmiast włączył komunikator.

- Kapitanie? Mamy problem.

- Co jest?

- Skanery na poziomie ładowni wykryły ruch.

- Intruz na pokładzie? Cholera. Dobra, zwiększ prędkość i zablokuj kokpit. Zajmę się tym. Miejmy nadzieję, że to awaria czujników...

- Widzę go na kamerach.

- Cholera. Dobra, zajmę się tym.

- Uważaj na siebie. – Blake zignorował ostrzeżenie swojego AI, wbiegając do małej zbrojowni, zgarniając pierwszą broń z brzegu i wybiegając. Gdy stanął przed drzwiami 
prowadzącymi do ładowni otworzył przenośny panel kamer. Jakaś postać ewidentnie była w ładowni, a przynajmniej w tym, co wcześniej ładownią na tym statku było.

Obecnie mocno umocniona przestrzeń ładunkowa nie byłaby w stanie pomieścić więcej, niż było konieczne by przetrzymywać racje żywnościowe i rzeczy niezbędne do przetrwania poza stacją na dłużej niż miesiąc, zgodnie z regulacjami Federacji Pilotów.

Postać ubrana była w ciemny kombinezon bojowy, a po chwili Charles wypatrzył też częściowo uszkodzony, klasyczny kanister ładunkowy, w którym prawdopodobnie wcześniej się chowała. W rękach trzymała coś, co po ciemku wyglądało jak karabin, jednak Blake nie mógł rozpoznać modelu. Postać wolnym krokiem skierowała się do hangaru z srv. Charles poczekał aż drzwi się za nią zamkną, i dopiero wtedy sam wszedł do ładowni. Przyczaił się przy wejściu.

- Mamy jakieś kamery we wnętrzu hangaru? – Spytał tonem, którego nie mogła usłyszeć postać wewnątrz.

- Niestety nie. – Blake przystanął na chwilę. Ten cały intruz na pewno czekał na niego z wycelowaną w drzwi bronią. Nagle wpadł mu do głowy pewien pomysł.

- Nasza aktualna prędkość?

- 134 prędkości światła i rośnie. – Blake ustawił przyciąganie na butach do maksymalnego poziomu i poruszył nogami, by upewnić się, że są mocno przyklejone do podłoża.

- Idealnie. Wykonaj awaryjne wyjście. I złap się czegoś. – Po kilku sekundach statkiem mocno wstrząsnęło i dało się czuć mocne wibracje. Jednak to trwało tylko kilka sekund, bo potem statkiem mocno szarpnęło. Blake nie czekał aż statek się unormuje, zamiast tego włączył latarkę i otworzył drzwi z bronią gotową do strzału. Jednak zamiast uzbrojonego po zęby komandosa ujrzał tylko… Dziewczynę, która wyglądała na mocno przestraszoną i zagubioną. W rękach trzymała tobołek, prawdopodobnie z wszystkimi jej osobistymi rzeczami. Ubrana była w szary kombinezon pracownika doków, a na nogach miała jeden z tych tanich modeli mag-butów bez żadnej regulacji. W pewnym momencie dziewczyna spojrzała zamglonymi oczami prosto na komandora.

- Czy jesteśmy już w Alioth? – Spytała po czym straciła przytomność.
Wiem, jestem dziwny. Ale to moja dziwność, teraz wy też będziecie musieli sobie z nią radzić.

A jak się nie podoba to krzyż na drogę i kulka w łeb.
Odpowiedz
#8
Kombinezony kosmiczne przeszły bardzo długą drogę, od wielkich, obszernych, niegramotnych kloców, z grubsza jedynie przypominających ludzką sylwetkę, do cudów techniki użytkowej, które można było nosić pod o rozmiar większym ubraniem. Wiele warstw materiałów o różnych właściwościach, ale o jednym zastosowaniu - utrzymaniu właściciela przy życiu, gdy właściwie sam wszechświat w swej bezpostaciowej osobie chce go zabić, zostało dzięki skomplikowanym procesom zespolonych w jedną, elastyczną bryłę, dopasowaną do noszącego. Materiał na dobrą sprawę był odporny na wszystko, oczywiście do pewnego stopnia. Ognioodporny, kuloodporny, próżnioszczelny, kwasoodporny, nie kruszył się przy nagłych zmianach temperatury, nie przepuszczał promieniowania pewnie wszystkich istniejących spektrum, z systemem wentylacji i cyrkulacji sprawiającym, że noszący nie utonie we własnym pocie czy ślinie, a powietrze będzie zawsze świeże. Dla większości ofiar wypadków, mniej lub bardziej umyślnych, kombinezony kosmiczne były tym, co pozwoliło im wrócić do domu, gdy absolutnie wszystko inne zawiodło. Dla garstki nieszczęśników, były ostatnim więzieniem, niekiedy na wiele dni, gdy taki pechowiec znalazł się w przestrzeni wyłącznie w kombinezonie. Cywile często krzyczeli po wielu dniach niekontrolowanego dryfu, by szybciej zużyć zaskakująco duży zapas powietrza, jak na tak małe zasobniki. Piekło bycia absolutnie samemu, cały czas i ciągle, bez możliwości jakiegokolwiek wpłynięcia na własne życie, zmierzające tak koszmarnie powoli do nieuniknionego końca zabijało najpierw człowieka, a dopiero potem organizm. Oczywiście krzyki, zarejestrowane w pamięci takiego kombinezonu często nie były świadome. Wojskowi zwykle byli bardziej opanowani. Ludzie wysyłani w bezduszną, morderczą przestrzeń, śmiali się w twarz każdemu wrogowi. Gdy był to inny pilot, łatwo było wygrać. Gdy wrogiem nie był człowiek, a sama rzeczywistości, chcąca powoli i okrutnie zamordować każdego człowieka w zasięgu zimnych szponów pustki, uśmiech zwycięstwa był o wiele trudniejszy do uzyskania, bo na całkowite zwycięstwo nie było szans. Ale nie niemożliwy. Ludzie na co dzień wysyłani w dziką przestrzeń znaleźli sposób, by zwyciężyć straszną, paraliżująco-przerażającą wizję wielodniowego dryfu w oczekiwaniu na nieuniknione i bardzo szybko nauczyli się jak oszukać panel medyczny kombinezonu, by nie blokował wtłaczania kolejnych leków zwiększających krzepliwość krwi, po wykryciu przedawkowania. Teraz było to gdzieniegdzie elementem szkolenia. Sprawdzanie wewnętrznej apteczki skafandra przed jego założeniem, co jest standardowym elementem jego codziennej obsługi, ratowało ludzi na wiele sposobów, nie zawsze ratując ich życie.


- Ty sobie świecisz czy mi? Jak mam tu cokolwiek znaleźć, jak wolisz oglądać dziurę niż to co w niej widać?

Snop światła nieznacznie zmienił swoje położenie i teraz przez ogromną wyrwę w poszyciu światło wpadało bardziej prostopadle niż wcześniej, co do pewnego stopnia ożywiło martwą przestrzeń. Na środku pancernego przedziału stał główny generator maszyny. Przyłącze dostarczające nieustannie paliwo było na długości kilku metrów wyraźnie opalone i zniekształcone od dużej temperatury, jaką niewątpliwie tu panowała. Sam blok generatora z góry nie wyglądał najgorzej, ale od boku był praktycznie rozerwany. Wyrzut energii uszkodził ścianę, która nawet nie przylegała bezpośrednio do okrętowego źródła zasilania, a mimo to zdobiło ją teraz potężne wgniecenie z pomarszczeniami lakieru, jakby szeroki taran uderzył w mur z plasteliny. Shahbaz powoli się przemieszczał dalej, omiatając dodatkowym strumieniem światła z latarki każdy cal, na który nie padało światło z góry. Wypalony wyciekiem paliwa kadłub stracił jakiekolwiek cechy charakterystyczne i teraz statek wyglądał jak każda inna Anaconda przed malowaniem. A własciwie bardziej jak świeżo po malowaniu mieszaniną sadzy i stolca osoby z chorą wątrobą. Przy rozerwaniu poszycia prawdopodobnie trwał cykl pompowania paliwa do układu pomocniczego, ciśnienie w zbiorniku było ogromne, a gdy bariera przestała istnieć, musiał wybuchnąć prawdziwy gejzer wysokoenergetycznej mieszanki na bazie wodoru, pokrywając cały statek wybitnie łatwopalną substancją, co podczas walki mogło się skończyć w tylko jeden sposób.

- Dziura się kończy, więc już mi nie pomożesz - powiedział do komunikatora. - Idę do przedziału napędu, potem ma górę.

Kolejne pancerne grodzia ustąpiły nie stawiając większego oporu. Bez elektronicznych systemów blokujących, przy warunkach zerowej grawitacji, było je otworzyć równie łatwo, co drzwiczki w domku dla lalek. Od razu dostrzegł rdzawą plamę pokrywającą połowę przedziału inżynieryjnego i to w trzech wymiarach oraz unoszące się wszędzie, poszarpane strzępy jaskrawego materiału, w towarzystwie okruchów wielowarstwowego quasi-szklanego kompozytu, gdzieniegdzie trzymającego się jeszcze ścianek rozerwanego hełmu. Całe pomieszczenie było jakby napęczniałe. Wyjście kolektora mocy, prowadzące do silników, praktycznie zniknęło, zastąpione nadtopioną dziurą. W swoich ostatnich chwilach, prawdopodobnie generator wyrzucił olbrzymie ilości energii, czego większość systemów nie mogła wytrzymać. Delikatne rdzenie napędu były przed tym zabezpieczone, dlatego gdy kolektor nie mógł przekazać fali energii dalej, zwyczajnie eksplodował, wyrzucając nadmiar energii gdzie tylko mógł. Widocznie w przedziale było wtedy jeszcze powietrze, a fala ciśnienia zbliżona do tego spotykanego przez grupy naukowców w jądrach gazowych gigantów, zmieniła nieszczęśnika próbującego przyspieszyć działanie napędu, w bliżej nieokreślony obiekt we wszystkich stanach skupienia. W przeciwieństwie do jakże smutnego i nieprzydatnego odkrycia niemożliwego do zebrania ciała w przedziale inżynieryjnym, inspekcja maszynowej części komory napędu nie przyniosła żadnych ciekawych obserwacji. Ta wyglądała wręcz nienaturalnie, w porównaniu do reszty statku. Czas tu jakby się zatrzymał. Wszelkie zniszczenia zaczynały się od dziobu, odrywając czołowe przedziały od reszty maszyny, ale rufa była praktycznie nietknięta, bo wgniecenia po niepenetrujących trafieniach wyglądały jak niewinny efekt błędu w obsłudze dźwigu przez bardzo nieuważnego stoczniowca. Pozostałe przedziały były rozerwane, niektóre wypalone, wszędzie były ślady walki i ogromnych zniszczeń, a tym czasem na rufie wszystkie panele dostępowe dysz, wszystkie wskaźniki, wszystkie instrumenty pomiarowe, a w końcu i wszystkie kable, wyglądały jak prosto z fabryki. Panele dostępowe nie były zaspawane przez płonące paliwo, jak w dziobowych silnikach manewrowych. Wskaźniki nie były rozbite, a kable nie stopiły się w jedną, nieregularnie pręgowaną dawnymi mocowaniami dżdżownicę. Nic nie wskazywało jak wygląda resztą statku. Jedynie w związku z brakiem mocy winda na przedział dowodzenia i przedziały załogi oczywiście nie działała, ale Shahbaz nie musiał wdrapywać się po schodach, bo zerowa grawitacja pozwalała po prostu płynąć na górny pokład. W ten sposób znalazł się na korytarzu za mostkiem. Atak musiał zaskoczyć załogę, bo przy szczelinie mniej więcej w połowie przejścia oparte były zwłoki prawdopodobnie kobiety, ale bez skafandra. Shahbaz mimowolnie odwrócił wzrok dostrzegając, że lewa ręka niknęła w szczelinie, która pozbawiła pokład powietrza, ale za samą szczeliną nie było widać, żeby ręka dalej była integralną częścią znalezionego ciała. Niestety los obdarzył Shahbaza bogatą wyobraźnią i mógł się domyślić jak wyglądały ostatnie chwile kolejnego znalezionego członka załogi. Gdy w końcu się zmusił, próbował zidentyfikować ciało, ale wzdęta i w paru miejscach pęknięta od ciśnienia twarz była absolutnie niemożliwa do identyfikacji. Nie był nawet w stanie stwierdzić czy nie była to znana mu przecież Misty, a ta przecież trzymała się blisko Kazika i jej identyfikacja już teraz mogłaby sporo ułatwić w przyszłości. Przyjrzał się dokładnie, dokładniej niż było to konieczne by stwierdzić, że twarz nie będzie w ogóle pomocna przy rozpoznaniu. Odwrócił się od ciała na dobre wiedząc, że tego widoku szybko nie zapomni, ale zdecydował się zająć myśli dalszym przeszukaniem. Przepłynął powoli wzdłuż kajut. Tam przynajmniej nikogo nie było, gdzieniegdzie tylko lewitowały nieprzytwierdzone do niczego przedmioty osobiste. Wejście na mostek było zablokowane. Elektryczne zasuwy, które powinny po rozkazie ewakuacji automatycznie się otworzyć, nie wpuściły nikogo do przedziału dowodzenia, a więc i do kapsuł ratunkowych. Widocznie przepełniony agonią okręt nie zareagował na polecenie ewakuacji. Albo takie polecenie nigdy nie padło.

- Przynajmniej nikt nie czeka pod drzwiami... - mruknął do siebie Shahabz, dodając sobie animuszu podkładając plastyczne ładunki wybuchowe.

Po kilku chwilach po konstrukcji statku rozszedł się prawdopodobnie ostatni dźwięk eksplozji i grodzie ustąpiły. Sam mostek wyglądał tragicznie. Już podczas zewnętrznych oględzin dało się zauważyć rozbity iluminator frontowy, jak i fioletowy samouszczelniacz wystający z kilku widocznych otworów, ale wnętrze wyglądało jeszcze gorzej. Jeśli ktoś siedział w fotelu oficera łączności, to pewnie nie poczuł jak ginie. Charakterystyczny ślad cięcia lasera bojowego maskował brak sporej części przedziału. Kapsuły ratunkowe jak na ironię były nietknięte i na pierwszy rzut oka sprawne, ale widocznie nie było komu z nich skorzystać. Prawa część mostka wyglądała jak zawalony szyb kopalni. Trafienie musiało zgnieść górne poszycie, a podpory ugięły się pod ogromną siłą, przez co zazwyczaj przestronny mostek w tamtym miejscu wyraźnie się skurczył, ale to nie było najważniejsze, co znajdowało się na mostku. Centralne miejsce zajmował fotel pilota, teraz idealnie oświetlany przez reflektory zawieszonego za rozbitym oknem okrętu. Shahbaz z żalem stwierdził, że to miejsce dalej zajmuje pilot. Ostrożnie podpłynął odpychając się od śluzy nogami, wbrew wszelkiej racjonalności kładąc rękę na pękatej kaburze. Oczywiście przypięta pasami do fotela postać nie żyła, o czym świadczyła krwawa miazga zastępująca nieszczęśnikowi klatkę piersiową i brzuch. Mimo to jedna ręką dalej spoczywała ma drążku sterowym, jedynie druga była nienaturalnie wykręcona do tyłu. Gdyby ktoś spojrzał z profilu mógłby uznać, że oto człowiek ten trwa na swoim stanowisku tak jak przez poprzednie wachty. Ale to nie było najważniejsze dla Shahbaza, ignorującego niemalże teatralną pozę trupa, będącego od teraz nowym archetypem Syzyfa, któremu śmierć nie okazała litości, by zakończyć bezcelową pracę. Niestety zasilanie skafandra było umieszczone tam, gdzie teraz była wielka dziura pozwalająca przyjrzeć się zniekształconym organom wewnętrznym, więc w ostatnich chwilach życia pilot zdążył jeszcze doprowadzić do zaparowania pozbawionego wentylacji hełmu i teraz ścięta zerem absolutnym warstewka szronu przyozdobiona nielicznymi, karmazynowymi kryształkami uniemożliwiała przyjrzenie się twarzy pilota. Z pewną niechęcią sięgnął po przecinak. Zabezpieczenia kombinezonu nie pozwalały zdjąć hełmu nikomu poza właścicielem oraz służbami medycznymi, ale przy wykryciu otaczającego zerowego ciśnienia blokada bezwładnościowa uniemożliwiała to nawet ratownikom i właścicielowi, dlatego Shahbaz wykorzystał od razu przecinak, a nie klucz medyczny. Gdy przyłbica wreszcie puściła, ukazała się twarz lekko opalona na policzkach co było świadectwem braku wprawy Shahbaza jako operatora plazmowego przecinaka. Przed ustami wciąż unosiły się czerwone krople ścięte chłodem w kryształki, a oczy wciąż patrzyły w nieistniejący, odległy punkt. Policzki lekko zapadnięte, włosy w nieładzie, silnie zarysowana żuchwa i zapewne swego czasu pielęgnowany zarost. Tą twarz można już było uznać za podstawę do rozpoznania jej właściciela. I Shahbaz bezbłędnie dokonał identyfikacji negatywnej. Nie był to Kazik.

- Nie ma go tu. Zwijamy się. Wylicz na jaki kurs musimy zepchnąć ten wrak, żeby skończył w lokalnej gwieździe.

Pogrzeby w przestrzeni kosmicznej to specyficzne wydarzenia. Nie ma trumien, nie ma grobów, nie ma urn, nie ma łez, nie ma tablic, nie ma nawet lamentu podrywającego serce, bo dźwięk nie rozchodzi się w pustce. Z resztą i lamentować nie ma komu. Tylko "szczęściarze" mają możliwość zobaczenia bliskich zaginionych w dzikiej przestrzeni podczas ostatniego pożegnania. Wszechświat jest ogromny i w każdym miejscu tak samo morderczy. Uciekinierzy, łowcy, odgrywcy, piraci, koloniści... Wszyscy ginęli sami. Prawie nigdy nie ma nikogo obok. Nikt też nie przeszukuje martwych wraków, bo te są martwe nie bez powodu. Gdyby nie poszukiwania Kazika, Shahbaz też nie zainteresował by się tą wielką tragedią, lecz w małej skali. Jakimś cudem akurat ten wrak znajdował się w tym miejscu, gdzie mógłby się znajdować "Boski Aligator" i wszystkie kapsuły ratunkowe miał dalej na pokładzie, co znaczyło ni mniej ni więcej to, że kto był na pokładzie w trakcie ataku, już go nie opuścił. Oczywiście musiał to sprawdzić. Los zbyt często grał mu na nosie, żeby nie dopuszczał możliwości, że to ktoś inny upolował Kazika, nawet nieświadom tego jak wielkie zagrożenie zatrzymuje. Statek w swoich ostatnich chwilach musiał przypominać pochodnię, zewnętrze poszycie było doszczętnie wypalone, dlatego Shahbaz musiał zejść na pokład by cokolwiek ustalić. Lecz ta wypalona skorupa była grobem dla kogoś innego. Takich statków w przestrzeni było mnóstwo. Tysiące i setki tysięcy ton dryfujących bezwiednie, będących sarkofagami dla ostatnich ludzi, których te statki obchodziły. Ale i sama przestrzeń była abstrakcyjnie wielka. Ludzkość poznała miliony systemów w zasięgu podróży, ale w miażdżącej większości nigdy nie była. Same systemy też były ogromnymi przestrzeniami. Gdyby wszystkie ludzkie osady, wszystkich ludzi, ich statki, stacje, konstrukcje przenieść do jednego systemu, nawet małego, którego gwiazda nie wiąże swoją grawitacją zbyt daleko, dalej nie byłoby tłoczno.

- Masz już wyliczony kurs? - zapytał wchodząc na mostek już swojej jednostki.

- Tak, sir. Wszystko gotowe do wykonania manewru.

Shahabz skinął głową, patrząc się przez iluminator na rozwalony wrak. Siostrzana jednostka "Merciful Enforcera" nie przypominała już wyrobu ludzkich rąk, a jednak ta charakterystyczna linia kadłuba dalej pozostawała rozpoznawalna. I teraz właśnie drugi statek tego samego typu miał użyczyć mocy swoich silników, by raz na zawsze zakończyć istnienie nieznanego statku. Ostatni możliwy akt miłosierdzia. Rzecz przynależna gatunkowi ludzkiemu - śmierć dla ludzi nigdy nie jest końcem. Niezależnie od wiary, życie człowieka wywiera niezmazywalne piętno na życiu innych, stając się integralną częścią historii, dlatego tak jak ostatnia myśl nie kończyła rozwoju ludzkości, tak ostatnie tchnienie nie kończyło dzieła życia, które składało się na co raz lepszy świat. Ale przy tym wszystkim, po człowieku nie zostawał ślad. Ludzie tak już mają, że kontynuują życie innego człowieka swoim życiem, ale trup musiał zniknąć. Na początku wynikało to z oczywistej troski o zdrowie publiczne, ale obecnie nie było już większego problemu, by zachować czyjeś ciało na zawsze. Mimo to, nie praktykowano tego. Okazało się, że ludzie nie chcą zachować ciał zmarłych, nawet bez żadnych komplikacji czy utrudnień. Odpowiedź na pytanie dlaczego okazała się równie prosta, co oczywista. Przecież nie chodziło o wątpliwości przed podtrzymywaniem więzi z samym zmarłym. Nie chodziło o problemy praktyczne, bo te już od kilku wieków nie istniały w ogóle. Nie chodziło o kwestie kosztów, bo procesy sterylizacji i zabezpieczenia zwłok były by przy masowym zastosowaniu tanie i proste. Chodziło o najprostszy i najpospolitszy strach. Strach przed śmiercią. Ciało pozbawione ducha przypominało, że śmierć jest nieunikniona. Że śmierć dotyka każdego i zabiera każdego. Że nie ma przed śmiercią bariery, nie ma przed nią ochrony. Że nie zważa na nic, nie uznaje świętości i nie odwraca wzroku od plugastwa. I może być blisko. Dlatego ciało musiało zniknąć. Dlatego krematoria były na prawie każdej stacji kosmicznej i często były wpięte w system ogrzewania instalacji. Dlatego trumny wyrzucane były w przestrzeń i były śledzone przez wilgotne oczy aż stawały się nie do odróżnienia od rozgwieżdżonego nieba. Dlatego właśnie teraz nieznana jednostka, będąca grobowcem dla co najmniej trzech ludzi, popchnięta przez okręt Shahbaza, musiała dryfować na spotkanie z nieuniknionym końcem w lokalnej gwieździe. Zresztą i sam pogrzeb miał w tej sytuacji znikome znaczenie. Z nadaną przez okręt Shahbaza prędkością, nieznany statek będzie dryfował przez dziesiątki lat, nim spotka swój ostateczny koniec, co w sumie jeszcze bardziej upodabniało ten przyjęty w niektórych regionach galaktyki zwyczaj, do dawnych tradycji grzebania zwłok w ziemi, które również przez wiele lat były tuż obok innych ludzi, a jednak uważano ich temat za zamknięty. Ale tak trzeba. A przynajmniej tak uważał Shahbaz. Wyprawienie choćby symbolicznego pogrzebu było identycznym obowiązkiem, jak ściganie zbrodniarza. Tak samo było czymś czego nie chciał, a czemu nie mógł się oprzeć. Uciążliwy obowiązek, który spadł na niego niespodziewanie i absolutnie wbrew woli. Mógłby teraz siedzieć w niewielkiej konstrukcji i popijać ulubioną herbatę ponad osiem tysięcy lat świetlnych od Sol - matecznika ludzkości, a nie być pogardzanym przez wszystkich, dla których słowo "łowca" było synonimem dla "łupieżca". Poprzednio to właśnie podczas wyprawy z Kazikiem znalazł śnieżnobiałą planetę, z powierzchnią wyciosaną ze skalnych monolitów, o zawsze jasnym, błękitnym niebie, wpadającym w zieleń tuż przy horyzoncie, którą zaczął nazywać domem. Przez wiele miesięcy przywoził tam w ścisłej tajemnicy prefabrykaty i potrzebny sprzęt, by mieć swoje miejsce gdzieś poza pokładem statku. Mała kolonia na razie nie była jeszcze samowystarczalna, ale niewielkie poletko paneli słonecznych pozwoliło przejść z jedzenia suchych racji żywnościowych, do gotowania ciepłych posiłków. A tymczasem na pokładzie okrętu pościgowego znów do menu wróciły suche racje, a zamiast herbaty, której parzenie było dla Shahbaza ważnym elementem dnia, był zmuszony pić gotowe do spożycia napoje energetyczne, stawiające na nogi nieco skuteczniej niż klasyczny napar z liści, bynajmniej nie z powodu problemów z zasilaniem - zwyczajnie nie było czasu na gotowanie. Poszukiwania zajmowały życie bardziej niż Shahbaz był skłonny przyznać. Gdy tylko wpadał na bezpośredni trop, zaczynał pościg, ale zbieg nie ułatwiał zadania. Nie zostawał zbyt długo w jednym miejscu. Łatał od stacji do stacji, gdzie jak donosiły pozyskiwane na różny sposób źródła - uzupełniał zaopatrzenie. Widocznie uciekał w pośpiechu i nie miał na pokładzie żywności i wody na długą podróż, jeden informator wskazał, że musiał też naprawiać swój statek, co sugerowało brak sprzętu remontowego. To był jak dotąd jedyny łut szczęścia, jaki miało wysłannicy sprawiedliwości - Kazik musiał się trzymać szlaku, więc Łowcy również nie musieli się oddalać od bezpiecznej okolicy rzadkich posterunków ludzkości, wyrywających należną jej przestrzeń z rąk bezdusznego kosmosu. Ale mimo to, gdy Kazik urwał się po raz pierwszy, pozostawał nieuchwytny. Skanowanie boi komunikacyjnych, satelitów wspomagających podejście do stacji, przesłuchiwanie personelu, wszystko to pozwalało Łowcom być tuż obok, cały czas wywierać presję, ale jednak być krok za nim. Nie udało się też ustalić po co Kazik w ogóle leci do Kolonii, a to już było niepokojące. Tak jak powoli oddalający się wrak już zniknął z pola widzenia i tylko co kilka chwil przesłaniał jakąś pomniejszą gwiazdę, tak Kazik pewnie miał możliwość zniknięcia w Kolonii, inaczej nie wybierałby się na taką eskapadę, bo jednak człowieka w ruchu łatwiej dostrzec. Skoro więc Kazik nie schował się pod kamieniem, w Kolonii musiało być coś cennego. Jakaś część Shahbaza chciałaby wierzyć, że jakiś dowód niewinności. Że Kazik im się wywinie, wyjaśni niejasności i wszystko będzie jak dawniej, a sprawa rozejdzie się po kościach. Ale umysł podpowiadał, że to tak nie zadziała. Że Kazik ucieka, żeby się skuteczniej ukryć. Że nie mogą pozwolić mu się wywinąć. Że może organizując masowy mord kogoś przegapił, a teraz leci tam dokończyć co zaczął. Że ktoś musi położyć temu kres. A niewdzięczny los postawił akurat jego w tej pozycji. Tysiące zabijaków o wiele lepszych w walce od niego, ale to akurat jemu los kazał porzucić budowę domu, by ruszyć za dawnym towarzyszem. I pewnego dnia może ktoś wejdzie na pokład porzuconego, wypalonego wraku, zbada uszkodzenia statku, przyjrzy się rozwalonym modułom, może nawet przeskanuje pierwiastki śladowe by odkryć jakie modyfikacje skrywał ten czy inny element nim zmienił się w bezkształtną kupę stopionego złomu, by wreszcie trafić na mostek i znaleźć kolejne zwłoki. Albo Shahbaza, albo Kazika. Innej opcji nie ma. I oby był to ostatni trup tej historii. 
[Obrazek: OgkgpKE.png]
Odpowiedz
#9
.....
.........
...............


Tu Kaiu Boski. Tu Kaziu Boski. Prosze o zgode na dokowanie do...

Ehh
Zocha! Gdzie my wlasciewie jestsmy?
Zrob mi drinka... ehh. Nie mozesz?
Sam sobie zrobie. Prowadz równo przez chwile..

.........
....
....
End of transmision.
Odpowiedz
#10
Gdy Rane obudziła się, pierwszym co zobaczyła były przewody, do których była podłączona. Więcej nie zdążyła zarejestrować, bo poczuła tak potworny ból w klatce piersiowej, że miała zamiar krzyczeć.

- Shift, trochę więcej znieczulenia. – Usłyszała, a potem ból został zastąpiony przez chłód i mrowienie. Dopiero wtedy rozejrzała się i zauważyła mężczyznę, na oko dwudziesto- może trzydziestoletniego. Siedział do niej bokiem i przeglądał coś na panelu dotykowym.

- Rane Vincus, lat dziewiętnaście. Zaginęła z systemu rodzinnego około tygodnia temu. Zaginięcie zgłoszone przez niejakiego Brodina del Hatcha, jej współpracownika. Cytując „ostatni raz widziałem ją jak wchodziła do ładowni jakiegoś Chieftaina.” Zapis z kamer nigdy nie potwierdził jego zeznań. – Podniósł wzrok i złapał jej wzrok. – Niech zgadnę, to on cię wsadził to tej puszki? – Kopnął resztki kanistra.

Rane rozpoznała w nim dokładnie ten sam, w którym przez ten cały czas się ukrywała. Nie wiedziała jednak co powiedzieć, jej umysł wciąż był zamroczony tym serum który podał jej Brodin.

- Czyli… Nie jesteśmy w Alioth? – Spytała. Mężczyzna podszedł do niej i stanął nad stołem, na którym leżała. Po chwili przykucnął, by zrównać się do jej poziomu.

- Przykro mi to mówić, ale ja nigdy nie miałem zamiaru lecieć do Alioth. – Słysząc to wpadła w panikę. Zaczęła szybko oddychać. Brodin obiecał jej przecież, że wsadzi ją na statek do stolicy. Za to mu zapłaciła! – Cholera, Shift! Środek uspokajający! – Po chwili poczuła, jak jej oddech się uspokaja, a powieki stają się co raz cięższe.



Środek uspokajający zadziałał błyskawicznie, po chwili Rane usnęła. Blake przyglądał jej się jeszcze chwilę, by mieć pewność, a potem wyszedł z pokoju medycznego. Doskonale wiedział, co dokładnie się wydarzyło, słyszał tysiące takich historii.

Wiedział, że to tylko kwestia czasu, zanim i jemu coś takiego się przydarzy, jednak teraz był na to absolutnie najgorszy możliwy moment. Najłatwiej byłoby ją wystrzelić przez śluzę... Przez dłuższy czas rozważał taką możliwość, jednak koniec końców, po protestach Shifta, zrezygnował i zaczął szukać informacji na jej temat.

Dziewczyna pochodziła z tej samej planety, na której kupił i wyposażył Chieftaina. Zapewne oszukana przez swojego kolegę. Albo i nie, chłopak po prostu mógł się pomylić, choć takie przypadki zdarzały się rzadko. Jednak mało który komandor faktycznie wypełniał rubryczkę z napisem „cel podróży”, on też nie. Nagle przypomniał sobie o czymś.

- Shift? Jak nasza pluskwa?

- Aktualnie brak zasięgu, musielibyśmy wejść w nadprzestrzeń.

- No to ładuj. – Chwycił się poręczy, zamontowanej na ścianie. Po kilku sekundach statkiem lekko szarpnęło. – I jak?

- W międzyczasie trzy sygnały. Jeden Krait, jeden Phantom i Conda. Odpowiednio: Grasshopper, Boska tarcza i Boski Aligator. – Charles zerwał się i popędził do kokpitu.

- Są tam jeszcze?

- Odlecieli kilka minut temu. – Blake zatrzymał się wpół kroku. Uciekinierzy mogli być już setki lat stąd. Obejrzał się w kierunku pokoju medycznego.

- Cholera jasna. – Mruknął po czym zawrócił i wszedł do niego.

- Czyli ich nie gonimy?

- Nie z nią na pokładzie. Budź ją, musimy jej wszystko wytłumaczyć. I podaj jej przeciwśrodek na… Cokolwiek tam u niej wykryłeś, że zażyła. – Odpiął pasy, za pomocą których była umocowana, po czym usiadł na krześle i zaczął czekać. Po kilku minutach dziewczyna rozejrzała się po pokoju, wyraźnie zdziwiona. Próbowała usiąść, ale nie udało jej się to.

- Gdzie ja jestem?

- Około siedem tysięcy lat świetlnych od twojego systemu. – Odparł chłodno Blake. Dziewczyna popatrzyła na niego zdziwionym wzrokiem, analizując podaną informację.

- Pan żartuje?

- Chciałbym, bo wtedy byłabyś znacznie mniejszym problemem.

- Jestem problemem?

- Jesteś intruzem na pokładzie mojego statku. – Odparł. –  Mam pełne prawo wywalić cię przez śluzę, jeżeli od tego będzie zależeć powodzenie mojej misji. – Kłamstwo. Jednak dziewczyna o tym nie wiedziała, widział przerażenie rosnące w jej oczach, gdy dotarła do niej ta informacja. – Jednak tego nie zrobię, bo z jakiegoś powodu moje pokładowe AI stwierdziło, że cię lubi.

- Czym jest AI? – Spytała zdziwiona Rane. Blake uśmiechnął się tylko pod nosem.

- Shift, przywitaj się.

- Witam. – Mały ornitopter wylądował dziewczynie na ramieniu. Wytrzeszczyła oczy.

- Co to za zwierzę? – Spytała zdziwiona, patrząc to na komandora, to na Shifta.

- Nie jestem zwierzęciem. Nazwa mojego systemu to „Spacecraft Highly Inteligent Flight Technician”, w skrócie Shift.

- To co widzisz to tylko ornitopter, w którym siedzi główny rdzeń AI. – Dodał Charles. – Ale nie o tym chciałem rozmawiać. Jestem na misji. Muszę złapać pirata, który zmierza do Kolonii. – Widząc zdziwienie na twarzy dziewczyny westchnął. – Taka druga Bańka, tylko że oddalona od twojego systemu o jakieś dwadzieścia dwa tysiące lat. Aktualnie przebyliśmy około jedną trzecią drogi. – Przystanął, by dać jej chwilę na przyswojenie tych informacji, po czym kontynuował. – Wkrótce będę dokować na jednym z megashipów tworzących Colonia Bridge. Tam cię wysadzę i załatwię podwózkę do bańki. A teraz pokażę ci kokpit, bo w zasadzie to jedyne bezpieczne na tym statku miejsce do skoków międzysystemowych. – Wstał z krzesła, na którym siedział i skierował się do wyjścia. Usłyszał, jak dziewczyna próbuje wstać, jednak po stęknięciu uznał, że to chyba nie był najlepszy pomysł z jego strony. – Dobra, ja idę, a ciebie zaprowadzi Shift, jak się ogarniesz. – Rzucił przez ramię.

- Chwila, a pan jak się nazywa? – Usłyszał.

- Blake. Charles Blake. –  Rzucił przez ramię, po czym wyszedł, nie zauważając rosnącego przerażenia na twarzy Rane.
Wiem, jestem dziwny. Ale to moja dziwność, teraz wy też będziecie musieli sobie z nią radzić.

A jak się nie podoba to krzyż na drogę i kulka w łeb.
Odpowiedz


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Ucieczka w nieznane, a może znane? Elll 6 6,479 21.11.2016, 12:32 UTC
Ostatni post: Fenyl de Lechia



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości