28.06.2016, 19:21 UTC
Dobry wieczór.
Tytułem wstępu:
Niebędąc już od pewnego czasu 25-letnim "Kawalerem" lecz przyszłym mężem pewnej wspaniałej kobiety stała sie rzecz prędzej czy później nieunikniona. O ile zaręczyny stały się w zasadzie "same" to nagła okazja w postaci atrakcyjnej ceny wynajmu świeżo wyremontowanej "dwójki" od miłego młodego małżeństwa w jednorodzinnym domku, w nienajgorszej względem pracy i uczelni lokalizacji dla mnie i lubej stała się faktem.
O ile Narzeczona ze wsi pod Miliczem musiała stanąć przed przeprowadzką pozostawiona bez pomocy w obcym mieście całkiem sama w wieku 19 lat, ja wówczas chowałem się z mamą, bratem i później facetem mamy (swój chłop swoją drogą). Fakt wyprowadzki która nastąpi za niecały miesiąc jest jak otrzeźwiający cios w policzek, boleśnie informujący iż "Drogi młodzianie własnie odgryzłeś pępowinę walcz poluj na niedźwiedzie i zadbaj o kobietę"
I pomimio wszelkich zapewnień ze strony mojej rodziny jak to "się wszystko ułoży" i wsparcia na które mogę liczyć jestem przerażony.
Wiecie, wyjście ze strefy komfortu, gdzie nie trzeba płacić czynszu, martwić się jedzeniem, większością rachunków, i stanem proszku do prania w szawce.
Jestem pełen obaw i ekscytacji. Z czego obawy przeważają, a niestabilna emocjonalnośc zaczyna doskwierać. :-/
Strach mnie zżera w równym stopniu co ekscytacja i fascynacja że za chwilę przyjdzie czas na "zbudowanie drzewa, spłodzenie domu i posadzenioe syna...(paulo Coelho)" czy jak to szło...(?).
Niespodziewałem się, że owa okazja spadnie na mnie jak Anaconda z za asteroidy, jak interdykcja mojej t-9tki wyładowanej platyną. Strefa komfortu skińczy się za 30 dni, a ja nie wiem "Jak żyć" zaś dawny prezydent elekt jakoś odpowiedzi nie daje.
Jak zatem wy drodzy koledzy i koleżanki radziliście sobie z pierwszą wyprowadzką z domu rodzinnego w życiu?
Pozdrawiam i zapraszam do dyskusji
Tytułem wstępu:
Niebędąc już od pewnego czasu 25-letnim "Kawalerem" lecz przyszłym mężem pewnej wspaniałej kobiety stała sie rzecz prędzej czy później nieunikniona. O ile zaręczyny stały się w zasadzie "same" to nagła okazja w postaci atrakcyjnej ceny wynajmu świeżo wyremontowanej "dwójki" od miłego młodego małżeństwa w jednorodzinnym domku, w nienajgorszej względem pracy i uczelni lokalizacji dla mnie i lubej stała się faktem.
O ile Narzeczona ze wsi pod Miliczem musiała stanąć przed przeprowadzką pozostawiona bez pomocy w obcym mieście całkiem sama w wieku 19 lat, ja wówczas chowałem się z mamą, bratem i później facetem mamy (swój chłop swoją drogą). Fakt wyprowadzki która nastąpi za niecały miesiąc jest jak otrzeźwiający cios w policzek, boleśnie informujący iż "Drogi młodzianie własnie odgryzłeś pępowinę walcz poluj na niedźwiedzie i zadbaj o kobietę"
I pomimio wszelkich zapewnień ze strony mojej rodziny jak to "się wszystko ułoży" i wsparcia na które mogę liczyć jestem przerażony.
Wiecie, wyjście ze strefy komfortu, gdzie nie trzeba płacić czynszu, martwić się jedzeniem, większością rachunków, i stanem proszku do prania w szawce.
Jestem pełen obaw i ekscytacji. Z czego obawy przeważają, a niestabilna emocjonalnośc zaczyna doskwierać. :-/
Strach mnie zżera w równym stopniu co ekscytacja i fascynacja że za chwilę przyjdzie czas na "zbudowanie drzewa, spłodzenie domu i posadzenioe syna...(paulo Coelho)" czy jak to szło...(?).
Niespodziewałem się, że owa okazja spadnie na mnie jak Anaconda z za asteroidy, jak interdykcja mojej t-9tki wyładowanej platyną. Strefa komfortu skińczy się za 30 dni, a ja nie wiem "Jak żyć" zaś dawny prezydent elekt jakoś odpowiedzi nie daje.
Jak zatem wy drodzy koledzy i koleżanki radziliście sobie z pierwszą wyprowadzką z domu rodzinnego w życiu?
Pozdrawiam i zapraszam do dyskusji
