11.10.2023, 11:33 UTC
8.10.3309
/Rest%@t )K8temu 234.../
/3... 2... 1.../
/An+1iza.../
/Błąd kr)45$*ny/
/2"<tart syste=u 235.../
/3... 2... 1.../
/^0aliza.../
/Błąd krytyc&7y/
Minął dzień. Udało mi się wydobyć z... no, inaczej to nazwać trudno... z wraku najbardziej niezbędny sprzęt do rozbicia miniobozowiska i postawienia jakiejś imitacji warsztatu. Tak po prawdzie, to ułożyłem narzędzia na prostym kawałku skały. Nazwijmy to górnolotnie warsztatem. Szczęście, że po koziołkowaniu statek ułożył się normalnie dachem do góry w takiej pozycji, że będę miał dostęp od spodu przez wgłębienie w ziemi. Tak właściwie, to zawisł na skałach. Jakby wylądował nad kanałem u mechanika. Dobrze, będzie jak płozy ogarniać. W przeciwnym razie nie miałbym co tu robić. Kolejnym szczęściem jest to, że reaktor działa. Osiągana moc jest wystarczająca do obsługi spawarki, grzałki, oświetlenia i tego typu drobiazgów.
Noc była... Cóż. Ciemna. I zimna. Cicha i spokojna. A jednocześnie niespokojna. Miałem koszmary. Nie pamiętam co mi się śniło. Jakieś nieokreślone dźwięki. Nie wiem czy rozpaczliwy płacz, czy raczej zawodzenie. A może wrzask z oddali. Zakładam, że to fantazja i efekt zmęczenia. No i ta atmosfera. Amoniak nie jest przyjazny. Część nocy spędziłem na smutnym patrzeniu w dal. Wdrapałem się z pomocą plecaka odrzutowego na krawędź tego wulkanu dzięki czemu miałem dobry widok na okolicę. Nie wiem co miało to znaczyć, bo jak wspomniałem w nocy ciemno jest, ale... Teraz to już bez znaczenia. A może przyzwyczaiły mi się oczy do tego mroku. Nie wiem. Co za różnica. Głowa zmęczona, nie myślę już.
O świcie uznałem, że skoro jestem tu uwięziony i brakuje mi pomysłów, to nie zaszkodzi trochę pozwiedzać. Tak dla zajęcia głowy czymś spokojniejszym, bo oszaleć z rozpaczy i bezsilności, to nie jest rozwiązanie. Szybko zmieniłem jednak zdanie, bo zasilanie skafandra wypada oszczędzać. Może być przydatne. Nie mogąc patrzeć na wrak wróciłem na nocny posterunek na krawędzi. Widok nawet ładny. Przygnębiający, ale ładny. Zacznijmy od podsumowania domysłów dotyczących planety. Nie jest możliwe w moim położeniu przebadać dokładnie i odtworzyć możliwą historię, ale spróbuję coś nakreślić podpierając się skromną wiedzą. Dokładniejsze dane odnośnie składu powierzchni i atmosfery będą dostępne chyba jutro jak nic się nie wyłączy. Mogę pofantazjować i podkolorować teorię, bo co mi tam szkodzi. I tak nie wiem czy ktoś to kiedyś odczyta. Z resztą łatwiej jest nakreślić sobie jakiś obraz sytuacji i eliminować kolejne niepasujące do całości elementy.
Teorie mam dwie. Jedna bardziej niepokojąca od drugiej. Była tu cywilizacja rozumnych istot, która doszła w rozwoju do poziomu atomu. W uproszczeniu oczywiście, nie musiał być to konkretnie atom. Jestem człowiekiem i ciężko nie sugerować się naszą historią. Wracając... Doszli rozwojowo do poziomu atomu i tu możliwe rozwidlenie. Albo doszło do wojny atomowej (stąd wielość kraterów) w skutek której wymarli, albo co bardziej prawdopodobne doszło do jakiejś tragedii naturalnej. Wielkie trzęsienie ziemi, pik elektromagnetyczny z którejś gwiazdy, przebiegunowanie planety, czy coś innego co spowodowało wiele eksplozji atomowych, w skutek czego wymarli. Bardziej prawdopodobne, że było to trzęsienie. Przynajmniej sugerując się tymi wypiętrzeniami. Jedna i druga droga tej teorii ma pewne poparcie w obserwacjach. Gwałtowna zmiana warunków na planecie, szybkie wyschnięcie oceanów, kratery. Teoria dobra jak każda inna. Druga teoria jest mniej optymistyczna. O ile to możliwe. Możliwa przyczyna wymarcia - czynnik Thargoidzki. Planeta ma atmosferę amoniakową. To mogło przyciągnąć Thargoidów. W tym wypadku nie musiało dojść do poskromienia atomu, czy czegoś podobnego. Chociaż nie wiem czy Thargoidzi dysponują bronią zdolną siać takie spustoszenie. Albo czy dysponowali wtedy. Bardziej logiczne w celu "oczyszczenia" planety z niechcianego życia by było użycie asteroidy. Lub wielu mniejszych. To by mogło tłumaczyć te kratery. A może po prostu przeprowadzili tu własną formę naszej terraformacji? Nie wiem czy tak potrafią. Albo czy mają taką potrzebę.
Nie interesowałem się nigdy zbytnio problematyką Thargoidów. Zawsze byli dla mnie odległym tematem. Zagrożeniem dla innych, gdzieś tam. Tylko raz spotkałem się z nimi twarzą w… no nie w twarz przecież… Oj, tam. Niech będzie, że twarzą w zadnią stronę. Ale o tym za chwilę. Leciałem w kierunku systemu Maia z turystami. To był szalony pomysł, bo aktywność Thargoidów w tamtym rejonie zawsze była spora. Ale co ja tam wiem. Dałem się wynająć i trzeba było odbębnić robotę. Nie działo się nic ciekawego w tamtą stronę. Nuda i tyle. Czym ci ludzie się ekscytowali, to nie wiem. Pustka, planety, gwiazda. Tyle. W drodze powrotnej było można powiedzieć ciekawiej. Dla mnie przynajmniej, bo tamtym turystom-odszczepieńcom mogło się nie podobać. Lecimy spokojnie w kierunku bańki, a tu coś dziwnego się zadziało. Nie wiedziałem o co chodzi. HUD zaczął wariować. Zakłócenia praktycznie odebrała możliwość oceny sytuacji. Doszły wstrząsy do tego. Po chwili wyrwało mnie z lotu supersonicznego. Usłyszałem niemożliwy do opisania dźwięk. Nie wiem jak to w próżni możliwe. Najwidoczniej kadłub rezonował. Zgrzyt, trąba i coś jak zawodzenie podszyte agresją. Może nie bezpośrednio, ale dało się wyczuć coś nie cierpiącego sprzeciwu. Włączył mi się HUD, szybko zerknąłem na listę pobliskich obiektów. Coś tam było. Nie wiem co, bo system nie rozpoznał konstrukcji. W tym momencie poczułem coś co okazało się po chwili skanem mojego statku. Czemu poczułem? Nie wiem. Nie potrafię wyjaśnić, ale wiązka skanera czy co to tam było dawała wrażenie… Nie wiem. Czułem to całym ciałem. System statku jakby to zignorował. Nie wiedząc co się dzieje odczekałem chwilkę przyzwyczajony do procedury skanowania przez policję. Pozwoliłem zakończyć ten skan i przesunąłem przepustnicę powoli do przodu. Kolejny dźwięk przeszedł po statku. Ten był bardziej… zniecierpliwiony? Takie odczucie miałem. Przestraszyłem się i włączyłem dopalacz mając nadzieję na szybkie oddalenie się od potencjalnego zagrożenia. Poczułem uderzenie od tyłu. Statek szarpnął i nagle wyłączyło się wszystko. Nic nie działało. Po prostu zgasł HUD, ster nie odpowiadał, silniki się wyłączyły. Ten obcy statek podleciał bliżej i pokazał się przed moim dziobem. Wyglądał dziwnie. Pierwsze skojarzenie nie nadaje się do upublicznienia… Ale tak… Kształt kwiatowy. No jak by nie patrzeć. Centralna część mała, okrągła. Z niej “wyrastały” ostro zakończone płatki. Kwiatek. Jak nic, kwiatek. Kolor zielonkawy. Buczał. Obleciał mnie, ustawił się z tyłu. Wszystko się włączyło. Poza tarczą. Ruszyłem i rozpoczął się ostrzał. Nie wiem co leciało w naszym kierunku, ale uderzenia były silne i powodowały kolejne problemu z HUD-em. Nauczony pirackimi atakami jak radzić sobie z takimi sytuacjami zamknąłem wszystkie wyloty ciepła. Włączyłem dopalacz, reaktor nagrzewał się do bezpiecznej granicy. Odliczyłem do siedmiu, wypuściłem przegrzany radiator dla ochłodzenia. Może mają termiczne naprowadzanie, to szansa jest, że ominie mnie następne trafienie. Kolejne bezpośrednie trafienie w kadłub statku pasażerskiego mogło się skończyć tragicznie. Integralność kadłuba spadła do 32%. I nastała cisza. Nie miałem ochoty sprawdzać czy kwiatek odleciał czy po prostu zgubił mój sygnał. Wypuściłem kolejny nadtopiony radiator i przeskoczyłem do pierwszego dostępnego systemu. Nigdy więcej nie wezmę zlecenia turystycznego. Oni nie mają za grosz instynktu samozachowawczego. Jeszcze tłumoki pretensje miały, że ja to specjalnie, że chciałem ich zabić i takie tam. nawet mi nie zapłacili. Co za… Ehh… Na tę chwilę to niewiele zmienia. Gdzieś mogę mieć rację, tyle mi wystarczy.
Na tych bezsensownych rozważaniach i wspominkach minął mi drugi dzień. Jutro zobaczę jak daleko od statku dam radę odejść. Może znajdę tę płozę…
/***/
Cmdr Rolenton
/Rest%@t )K8temu 234.../
/3... 2... 1.../
/An+1iza.../
/Błąd kr)45$*ny/
/2"<tart syste=u 235.../
/3... 2... 1.../
/^0aliza.../
/Błąd krytyc&7y/
Minął dzień. Udało mi się wydobyć z... no, inaczej to nazwać trudno... z wraku najbardziej niezbędny sprzęt do rozbicia miniobozowiska i postawienia jakiejś imitacji warsztatu. Tak po prawdzie, to ułożyłem narzędzia na prostym kawałku skały. Nazwijmy to górnolotnie warsztatem. Szczęście, że po koziołkowaniu statek ułożył się normalnie dachem do góry w takiej pozycji, że będę miał dostęp od spodu przez wgłębienie w ziemi. Tak właściwie, to zawisł na skałach. Jakby wylądował nad kanałem u mechanika. Dobrze, będzie jak płozy ogarniać. W przeciwnym razie nie miałbym co tu robić. Kolejnym szczęściem jest to, że reaktor działa. Osiągana moc jest wystarczająca do obsługi spawarki, grzałki, oświetlenia i tego typu drobiazgów.
Noc była... Cóż. Ciemna. I zimna. Cicha i spokojna. A jednocześnie niespokojna. Miałem koszmary. Nie pamiętam co mi się śniło. Jakieś nieokreślone dźwięki. Nie wiem czy rozpaczliwy płacz, czy raczej zawodzenie. A może wrzask z oddali. Zakładam, że to fantazja i efekt zmęczenia. No i ta atmosfera. Amoniak nie jest przyjazny. Część nocy spędziłem na smutnym patrzeniu w dal. Wdrapałem się z pomocą plecaka odrzutowego na krawędź tego wulkanu dzięki czemu miałem dobry widok na okolicę. Nie wiem co miało to znaczyć, bo jak wspomniałem w nocy ciemno jest, ale... Teraz to już bez znaczenia. A może przyzwyczaiły mi się oczy do tego mroku. Nie wiem. Co za różnica. Głowa zmęczona, nie myślę już.
O świcie uznałem, że skoro jestem tu uwięziony i brakuje mi pomysłów, to nie zaszkodzi trochę pozwiedzać. Tak dla zajęcia głowy czymś spokojniejszym, bo oszaleć z rozpaczy i bezsilności, to nie jest rozwiązanie. Szybko zmieniłem jednak zdanie, bo zasilanie skafandra wypada oszczędzać. Może być przydatne. Nie mogąc patrzeć na wrak wróciłem na nocny posterunek na krawędzi. Widok nawet ładny. Przygnębiający, ale ładny. Zacznijmy od podsumowania domysłów dotyczących planety. Nie jest możliwe w moim położeniu przebadać dokładnie i odtworzyć możliwą historię, ale spróbuję coś nakreślić podpierając się skromną wiedzą. Dokładniejsze dane odnośnie składu powierzchni i atmosfery będą dostępne chyba jutro jak nic się nie wyłączy. Mogę pofantazjować i podkolorować teorię, bo co mi tam szkodzi. I tak nie wiem czy ktoś to kiedyś odczyta. Z resztą łatwiej jest nakreślić sobie jakiś obraz sytuacji i eliminować kolejne niepasujące do całości elementy.
Teorie mam dwie. Jedna bardziej niepokojąca od drugiej. Była tu cywilizacja rozumnych istot, która doszła w rozwoju do poziomu atomu. W uproszczeniu oczywiście, nie musiał być to konkretnie atom. Jestem człowiekiem i ciężko nie sugerować się naszą historią. Wracając... Doszli rozwojowo do poziomu atomu i tu możliwe rozwidlenie. Albo doszło do wojny atomowej (stąd wielość kraterów) w skutek której wymarli, albo co bardziej prawdopodobne doszło do jakiejś tragedii naturalnej. Wielkie trzęsienie ziemi, pik elektromagnetyczny z którejś gwiazdy, przebiegunowanie planety, czy coś innego co spowodowało wiele eksplozji atomowych, w skutek czego wymarli. Bardziej prawdopodobne, że było to trzęsienie. Przynajmniej sugerując się tymi wypiętrzeniami. Jedna i druga droga tej teorii ma pewne poparcie w obserwacjach. Gwałtowna zmiana warunków na planecie, szybkie wyschnięcie oceanów, kratery. Teoria dobra jak każda inna. Druga teoria jest mniej optymistyczna. O ile to możliwe. Możliwa przyczyna wymarcia - czynnik Thargoidzki. Planeta ma atmosferę amoniakową. To mogło przyciągnąć Thargoidów. W tym wypadku nie musiało dojść do poskromienia atomu, czy czegoś podobnego. Chociaż nie wiem czy Thargoidzi dysponują bronią zdolną siać takie spustoszenie. Albo czy dysponowali wtedy. Bardziej logiczne w celu "oczyszczenia" planety z niechcianego życia by było użycie asteroidy. Lub wielu mniejszych. To by mogło tłumaczyć te kratery. A może po prostu przeprowadzili tu własną formę naszej terraformacji? Nie wiem czy tak potrafią. Albo czy mają taką potrzebę.
Nie interesowałem się nigdy zbytnio problematyką Thargoidów. Zawsze byli dla mnie odległym tematem. Zagrożeniem dla innych, gdzieś tam. Tylko raz spotkałem się z nimi twarzą w… no nie w twarz przecież… Oj, tam. Niech będzie, że twarzą w zadnią stronę. Ale o tym za chwilę. Leciałem w kierunku systemu Maia z turystami. To był szalony pomysł, bo aktywność Thargoidów w tamtym rejonie zawsze była spora. Ale co ja tam wiem. Dałem się wynająć i trzeba było odbębnić robotę. Nie działo się nic ciekawego w tamtą stronę. Nuda i tyle. Czym ci ludzie się ekscytowali, to nie wiem. Pustka, planety, gwiazda. Tyle. W drodze powrotnej było można powiedzieć ciekawiej. Dla mnie przynajmniej, bo tamtym turystom-odszczepieńcom mogło się nie podobać. Lecimy spokojnie w kierunku bańki, a tu coś dziwnego się zadziało. Nie wiedziałem o co chodzi. HUD zaczął wariować. Zakłócenia praktycznie odebrała możliwość oceny sytuacji. Doszły wstrząsy do tego. Po chwili wyrwało mnie z lotu supersonicznego. Usłyszałem niemożliwy do opisania dźwięk. Nie wiem jak to w próżni możliwe. Najwidoczniej kadłub rezonował. Zgrzyt, trąba i coś jak zawodzenie podszyte agresją. Może nie bezpośrednio, ale dało się wyczuć coś nie cierpiącego sprzeciwu. Włączył mi się HUD, szybko zerknąłem na listę pobliskich obiektów. Coś tam było. Nie wiem co, bo system nie rozpoznał konstrukcji. W tym momencie poczułem coś co okazało się po chwili skanem mojego statku. Czemu poczułem? Nie wiem. Nie potrafię wyjaśnić, ale wiązka skanera czy co to tam było dawała wrażenie… Nie wiem. Czułem to całym ciałem. System statku jakby to zignorował. Nie wiedząc co się dzieje odczekałem chwilkę przyzwyczajony do procedury skanowania przez policję. Pozwoliłem zakończyć ten skan i przesunąłem przepustnicę powoli do przodu. Kolejny dźwięk przeszedł po statku. Ten był bardziej… zniecierpliwiony? Takie odczucie miałem. Przestraszyłem się i włączyłem dopalacz mając nadzieję na szybkie oddalenie się od potencjalnego zagrożenia. Poczułem uderzenie od tyłu. Statek szarpnął i nagle wyłączyło się wszystko. Nic nie działało. Po prostu zgasł HUD, ster nie odpowiadał, silniki się wyłączyły. Ten obcy statek podleciał bliżej i pokazał się przed moim dziobem. Wyglądał dziwnie. Pierwsze skojarzenie nie nadaje się do upublicznienia… Ale tak… Kształt kwiatowy. No jak by nie patrzeć. Centralna część mała, okrągła. Z niej “wyrastały” ostro zakończone płatki. Kwiatek. Jak nic, kwiatek. Kolor zielonkawy. Buczał. Obleciał mnie, ustawił się z tyłu. Wszystko się włączyło. Poza tarczą. Ruszyłem i rozpoczął się ostrzał. Nie wiem co leciało w naszym kierunku, ale uderzenia były silne i powodowały kolejne problemu z HUD-em. Nauczony pirackimi atakami jak radzić sobie z takimi sytuacjami zamknąłem wszystkie wyloty ciepła. Włączyłem dopalacz, reaktor nagrzewał się do bezpiecznej granicy. Odliczyłem do siedmiu, wypuściłem przegrzany radiator dla ochłodzenia. Może mają termiczne naprowadzanie, to szansa jest, że ominie mnie następne trafienie. Kolejne bezpośrednie trafienie w kadłub statku pasażerskiego mogło się skończyć tragicznie. Integralność kadłuba spadła do 32%. I nastała cisza. Nie miałem ochoty sprawdzać czy kwiatek odleciał czy po prostu zgubił mój sygnał. Wypuściłem kolejny nadtopiony radiator i przeskoczyłem do pierwszego dostępnego systemu. Nigdy więcej nie wezmę zlecenia turystycznego. Oni nie mają za grosz instynktu samozachowawczego. Jeszcze tłumoki pretensje miały, że ja to specjalnie, że chciałem ich zabić i takie tam. nawet mi nie zapłacili. Co za… Ehh… Na tę chwilę to niewiele zmienia. Gdzieś mogę mieć rację, tyle mi wystarczy.
Na tych bezsensownych rozważaniach i wspominkach minął mi drugi dzień. Jutro zobaczę jak daleko od statku dam radę odejść. Może znajdę tę płozę…
/***/
Cmdr Rolenton

.png)
.png)
.png)
.png)