02.10.2023, 15:16 UTC
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.10.2023, 18:08 UTC przez Rolenton.)
2.10.3309
Siódma seria skoków zakończona 11810 Ly od HR 8444 w systemie Bleae Aewsy ZQ-R bf-0. Dla zaoszczędzenia energii odłączono od zasilania ładownię, skaner krótkiego zasięgu, część funkcji wspomagania lotu i jeden z dwóch radiatorów. Zmniejszenie zużycia energii umożliwi zmniejszenie częstotliwości tankowania. Kolejne błędy nawigacyjne spowodowały zejście z wyznaczonego kursu. Po bliższej analizie sytuacji została podjęta decyzja o zbliżeniu się do pobliskiej mgławicy Geminus. Zalecona przerwa w podróży spowodowana zmęczeniem pilota. Wyznaczono na ten cel planetę B 1. Warunki panujące na powierzchni umożliwiają bezpieczne opuszczenie statku. Bliskość mgławicy zapewnia atrakcyjny widok, co powinno mieć pozytywny wpływ na stan pilota. Aktywowano blokadę startu do czasu pozytywnej oceny stanu pilota.
Coś jest nie tak. Nie rozumiem jeszcze co się dzieje, ale się dowiem. Problemy ze statkiem były do przewidzenia. Antyk i tyle. Ale podczas testów przed wyruszeniem wszystko działało jak powinno. Żadnych wodotrysków, po prostu było w porządku. Więcej nie było trzeba. Najpierw padł skaner, potem tarcza, potem cały statek się wyłączył. Szczęście, że nie podczas schodzenia z orbity, bo byłoby słabo. Teraz jeszcze nawigacja szaleje. I do tego ten moduł dokowania. Skąd to tu! Nie wiem.
Nie przemęczam mojej łupinki, dbam o stan wszystkiego. Zawsze dbałem. Bardziej jak o siebie samego. W końcu to pamiątka. Ojciec mi do podarował jak byłem młody i piękny. Znam tu każdy nit, każdą trytytkę, każdy kawałek tej dziwnej srebrnej taśmy. Ojciec mówił "Nie próbuj tego odklejać, bo blachę powyginasz!". I powyginałem. Ale nie widział. Tyle lat minęło, a te słowa nadal są aktualne. Nie ruszam, działa.
Taki sam statek dostał mój brat. To dziwne czasy były. Wcześniej byliśmy niemal nierozłączni. On pomagał mi, ja jemu. Starszy o kilka minut, co wiele razy mi wypominał. Zawsze pomocny, dumny, dostojny, zaradny i wściekle inteligentny. Czasem impulsywny. Na każdy problem miał rozwiązanie. Nie zawsze zgadzaliśmy się co do metod, ale efekt był właściwy. Pomysłowy wariat taki. Jego pierwszy samodzielny lot zakończył się połamaniem podwozia, pokruszeniem całej szyby w kokpicie i dachowaniem. Jak się wygramolił z tego wraku, który z resztą wyklepaliśmy z czasem, powiedział tylko "Lądowanie udane, choć twarde". Pękał z dumy i było to widać. Ja się tylko cieszyłem, że przeżył. Ojciec nic nie powiedział, stał blady jak śmierć. Potem coś się zmieniło. Wracał do domu raz na tydzień, potem raz w miesiącu. Mało mówił. Później zniknął całkowicie z naszego życia. Nie wiadomo co się z nim stało. Ojciec bardzo to przeżywał, choć nic nie mówił. Musiałem być przy nim, bo od czasu odejścia brata zmienił się bardzo. Nic dziwnego w sumie.
Raz spotkałem naszą zgubę zupełnym przypadkiem. Podczas lotu pasażerskiego wiele lat temu. Chyba w 3252. Tak. 3252. Tydzień po naszych 21 urodzinach. Znaczy... Spotkałem, to trochę na wyrost określenie. Wiozłem wynajętą Bieługą turystów do jakiegoś systemu na granicy Imperium. Nie pamiętam gdzie dokładnie. Musiałem wejśc do normalnej przestrzeni dla schłodzenia napędu i w tym momencie wskoczyło tuż przed dziobem kilka statków. Cutter niemal wbił mi się w kokpit skutecznie blokując możliwość ruszenia, za tyłkiem miałem 3 Imperialne Eagle. Miały dziwne malowanie. Chwilę potem pokazał się jeszcze jeden. Wywołał mnie i zażądał wpuszczenia na pokład. Zrozumiałem to jako ultimatum. Nie mając możliwości manewrowania i szans na ucieczkę wpuściłem tych ludzi. To było raczej jedyne sensowne wyjście. Nie wyglądało to na atak piratów, bo skąd mieli by wziąć taki sprzęt. Bandycki oddział abordażowy jak ich wtedy określiłem szybko i sprawnie oddzielił mnie od pasażerów. Zamknięty w magazynie podręcznym czekałem co będzie dalej. Dobrze, że właściciel przebudował całe wnętrze statku, to przynajmniej nie było tam ciasno. Właściwie ten magazyn pełnił też rolę kajuty kapitańskiej, to i niewielkie biurko się tam zmieściło. Było też coś na podobę łóżka. Tam po dłuższej chwili odwiedziło mnie popychlę ich dowódcy. Ależ było moje zdziwienie... Tak, krew z krwi mojego ojca. Nie wyglądał na zaskoczonego ani zadowolonego. Nie było to miłe rodzinne spotkanie. Raczej bezemocjonalne z jego strony. Był profesjonalny, wyniosły i zimny jak pustka w której byliśmy. Okazało się, że służy w jakiejś tam komórce floty Imperium o dziwnej niezapamiętywalnej dla mnie wtedy nazwie i szuka kilku z moich pasażerów, których potem zabrali ze sobą. Nie wiem o co chodziło. Usłyszałem tylko, że to wywrotowcy i element nieporządany. Na odchodne wbił mnie w ścianę wzrokiem i powiedział, że mam o nim zapomnieć, że człowieka którego znałem jako swojego brata już nie ma i mam nigdy nie wymieniać jego imienia. Tylko kiwnąłem głową i poprosiłem, żeby uważał na siebie. Zamyślił się na chwilę i szybko wyszedł. Jak obiecałem tak też robię do teraz. Nigdy więcej go nie widziałem. Ciekawe co z nim. Jednego jestem pewny. Ma, a jeśli nie żyje, to miał bardzo ciekawe życie. To był ostatni raz kiedy się widzieliśmy. 57 lat temu. Na sentymenty mnie wzięło. Niedobrze.
Zastanawiają mnie różnice między moimi obserwacjami a raportami systemu odnośnie stanu statku. Nie składa mi się to w jedną całość. Przecież widziałem, że statek się wyłączył. Uratował mnie tylko system podtrzymywania życia. Sam go "temi rencami" montowałem. Sam wciskałem na siłę na miejsce starego. Wejść nie chciał. Kable wystawały. Upchałem, zamknąłem klapę i było. Nie mieścił się, bo dałem mu niezależne zasilanie. Tak dla pewności, bo w razie czego nie ma co liczyć na ratunek. Zawsze to kilkanaście minut czasu więcej na naprawy. Albo spisanie wiadomości do tych, co mnie znajdą. Kiedyś. Może. Jak się okazało była to bardzo przydatna zmiana.
Kolejnym czego nie rozumiem jest rozmiar plików raportów i czas ich wysyłania. Wiele za długo to trwa. Antena działa prawidłowo. Sygnał nadawany jest odpowiednio silny, żadnych spadków mocy. Wysyłam je regularnie o tej samej porze. Raportuję każdego dnia. Znaczy o ile zegar działa prawidłowo. Co też wcale pewne nie jest. Po powrocie do stolicy muszę koniecznie dobrać się tych raportów i samemu je sprawdzić. Rozmiary, daty, godziny, załączniki, zakłócenia. Słowem wszystko. Mam z tyłu głowy wrażenie, że coś mnie omija. Nieprzyjemne to. Coś mi nie pasuje w tych raportach. Na szczęście mam kopie wszystkiego co piszę na osobnym urządzeniu i tylko doklejam to przed wysłaniem.
Na dodatek komputer pokładowy każe mi odpocząć. Zmienił wyznaczoną trasę nawet mnie o tym nie informując. Zorientowałem się że lecę w złym kierunku jak mgławica mi się pokazała przed nosem. Geminus, czy coś takiego. Nie miało być nic takiego na trasie lotu. Kazał mi lądować tu i tu, bo niby ładnie i relaksująco. A co mnie to obchodzi?! I kto mu dał prawo do podejmowania jakichkolwiek decyzji? Nie podoba mi się to. Ale niech będzie. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Po wylądowaniu zauważyłem kolejny raz to dziwne wyładowanie. W tym samym miejscu patrząc w mojego fotela. Mniej więcej na poziomie statku na godzinie 10. Teraz mam pewność, że nie był to piorun. Wydaje się, że... Nie. Nic mi się nie wydaje. Nie rozumiem tego. I nie mam jak zbadać sprawy. Co to za idiocki pomysł był, żeby nie brać nawet podstawowego sprzętu badawczego! Nic. Tylko oczy. Niepewność co do natury tych wyładowań (lub widziadeł) przekonała mnie, że rozsądnym by było zmienić planetę. Była tam inna. Kolejna kula zamarzniętego czegoś. No. Nawet tego sprawdzić nie mogę. Ale komputer nie pozwala przeprowadzić rozruchu. Co tu się... Ehh... Będę dalej próbował. Mam nadzieję, że takie wymuszanie startu nie odbije mi się czkawką...
Przerwanie ekspedycji przed osiągnięciem celu nie do zaakceptowania.
Cmdr Rolenton
Siódma seria skoków zakończona 11810 Ly od HR 8444 w systemie Bleae Aewsy ZQ-R bf-0. Dla zaoszczędzenia energii odłączono od zasilania ładownię, skaner krótkiego zasięgu, część funkcji wspomagania lotu i jeden z dwóch radiatorów. Zmniejszenie zużycia energii umożliwi zmniejszenie częstotliwości tankowania. Kolejne błędy nawigacyjne spowodowały zejście z wyznaczonego kursu. Po bliższej analizie sytuacji została podjęta decyzja o zbliżeniu się do pobliskiej mgławicy Geminus. Zalecona przerwa w podróży spowodowana zmęczeniem pilota. Wyznaczono na ten cel planetę B 1. Warunki panujące na powierzchni umożliwiają bezpieczne opuszczenie statku. Bliskość mgławicy zapewnia atrakcyjny widok, co powinno mieć pozytywny wpływ na stan pilota. Aktywowano blokadę startu do czasu pozytywnej oceny stanu pilota.
Coś jest nie tak. Nie rozumiem jeszcze co się dzieje, ale się dowiem. Problemy ze statkiem były do przewidzenia. Antyk i tyle. Ale podczas testów przed wyruszeniem wszystko działało jak powinno. Żadnych wodotrysków, po prostu było w porządku. Więcej nie było trzeba. Najpierw padł skaner, potem tarcza, potem cały statek się wyłączył. Szczęście, że nie podczas schodzenia z orbity, bo byłoby słabo. Teraz jeszcze nawigacja szaleje. I do tego ten moduł dokowania. Skąd to tu! Nie wiem.
Nie przemęczam mojej łupinki, dbam o stan wszystkiego. Zawsze dbałem. Bardziej jak o siebie samego. W końcu to pamiątka. Ojciec mi do podarował jak byłem młody i piękny. Znam tu każdy nit, każdą trytytkę, każdy kawałek tej dziwnej srebrnej taśmy. Ojciec mówił "Nie próbuj tego odklejać, bo blachę powyginasz!". I powyginałem. Ale nie widział. Tyle lat minęło, a te słowa nadal są aktualne. Nie ruszam, działa.
Taki sam statek dostał mój brat. To dziwne czasy były. Wcześniej byliśmy niemal nierozłączni. On pomagał mi, ja jemu. Starszy o kilka minut, co wiele razy mi wypominał. Zawsze pomocny, dumny, dostojny, zaradny i wściekle inteligentny. Czasem impulsywny. Na każdy problem miał rozwiązanie. Nie zawsze zgadzaliśmy się co do metod, ale efekt był właściwy. Pomysłowy wariat taki. Jego pierwszy samodzielny lot zakończył się połamaniem podwozia, pokruszeniem całej szyby w kokpicie i dachowaniem. Jak się wygramolił z tego wraku, który z resztą wyklepaliśmy z czasem, powiedział tylko "Lądowanie udane, choć twarde". Pękał z dumy i było to widać. Ja się tylko cieszyłem, że przeżył. Ojciec nic nie powiedział, stał blady jak śmierć. Potem coś się zmieniło. Wracał do domu raz na tydzień, potem raz w miesiącu. Mało mówił. Później zniknął całkowicie z naszego życia. Nie wiadomo co się z nim stało. Ojciec bardzo to przeżywał, choć nic nie mówił. Musiałem być przy nim, bo od czasu odejścia brata zmienił się bardzo. Nic dziwnego w sumie.
Raz spotkałem naszą zgubę zupełnym przypadkiem. Podczas lotu pasażerskiego wiele lat temu. Chyba w 3252. Tak. 3252. Tydzień po naszych 21 urodzinach. Znaczy... Spotkałem, to trochę na wyrost określenie. Wiozłem wynajętą Bieługą turystów do jakiegoś systemu na granicy Imperium. Nie pamiętam gdzie dokładnie. Musiałem wejśc do normalnej przestrzeni dla schłodzenia napędu i w tym momencie wskoczyło tuż przed dziobem kilka statków. Cutter niemal wbił mi się w kokpit skutecznie blokując możliwość ruszenia, za tyłkiem miałem 3 Imperialne Eagle. Miały dziwne malowanie. Chwilę potem pokazał się jeszcze jeden. Wywołał mnie i zażądał wpuszczenia na pokład. Zrozumiałem to jako ultimatum. Nie mając możliwości manewrowania i szans na ucieczkę wpuściłem tych ludzi. To było raczej jedyne sensowne wyjście. Nie wyglądało to na atak piratów, bo skąd mieli by wziąć taki sprzęt. Bandycki oddział abordażowy jak ich wtedy określiłem szybko i sprawnie oddzielił mnie od pasażerów. Zamknięty w magazynie podręcznym czekałem co będzie dalej. Dobrze, że właściciel przebudował całe wnętrze statku, to przynajmniej nie było tam ciasno. Właściwie ten magazyn pełnił też rolę kajuty kapitańskiej, to i niewielkie biurko się tam zmieściło. Było też coś na podobę łóżka. Tam po dłuższej chwili odwiedziło mnie popychlę ich dowódcy. Ależ było moje zdziwienie... Tak, krew z krwi mojego ojca. Nie wyglądał na zaskoczonego ani zadowolonego. Nie było to miłe rodzinne spotkanie. Raczej bezemocjonalne z jego strony. Był profesjonalny, wyniosły i zimny jak pustka w której byliśmy. Okazało się, że służy w jakiejś tam komórce floty Imperium o dziwnej niezapamiętywalnej dla mnie wtedy nazwie i szuka kilku z moich pasażerów, których potem zabrali ze sobą. Nie wiem o co chodziło. Usłyszałem tylko, że to wywrotowcy i element nieporządany. Na odchodne wbił mnie w ścianę wzrokiem i powiedział, że mam o nim zapomnieć, że człowieka którego znałem jako swojego brata już nie ma i mam nigdy nie wymieniać jego imienia. Tylko kiwnąłem głową i poprosiłem, żeby uważał na siebie. Zamyślił się na chwilę i szybko wyszedł. Jak obiecałem tak też robię do teraz. Nigdy więcej go nie widziałem. Ciekawe co z nim. Jednego jestem pewny. Ma, a jeśli nie żyje, to miał bardzo ciekawe życie. To był ostatni raz kiedy się widzieliśmy. 57 lat temu. Na sentymenty mnie wzięło. Niedobrze.
Zastanawiają mnie różnice między moimi obserwacjami a raportami systemu odnośnie stanu statku. Nie składa mi się to w jedną całość. Przecież widziałem, że statek się wyłączył. Uratował mnie tylko system podtrzymywania życia. Sam go "temi rencami" montowałem. Sam wciskałem na siłę na miejsce starego. Wejść nie chciał. Kable wystawały. Upchałem, zamknąłem klapę i było. Nie mieścił się, bo dałem mu niezależne zasilanie. Tak dla pewności, bo w razie czego nie ma co liczyć na ratunek. Zawsze to kilkanaście minut czasu więcej na naprawy. Albo spisanie wiadomości do tych, co mnie znajdą. Kiedyś. Może. Jak się okazało była to bardzo przydatna zmiana.
Kolejnym czego nie rozumiem jest rozmiar plików raportów i czas ich wysyłania. Wiele za długo to trwa. Antena działa prawidłowo. Sygnał nadawany jest odpowiednio silny, żadnych spadków mocy. Wysyłam je regularnie o tej samej porze. Raportuję każdego dnia. Znaczy o ile zegar działa prawidłowo. Co też wcale pewne nie jest. Po powrocie do stolicy muszę koniecznie dobrać się tych raportów i samemu je sprawdzić. Rozmiary, daty, godziny, załączniki, zakłócenia. Słowem wszystko. Mam z tyłu głowy wrażenie, że coś mnie omija. Nieprzyjemne to. Coś mi nie pasuje w tych raportach. Na szczęście mam kopie wszystkiego co piszę na osobnym urządzeniu i tylko doklejam to przed wysłaniem.
Na dodatek komputer pokładowy każe mi odpocząć. Zmienił wyznaczoną trasę nawet mnie o tym nie informując. Zorientowałem się że lecę w złym kierunku jak mgławica mi się pokazała przed nosem. Geminus, czy coś takiego. Nie miało być nic takiego na trasie lotu. Kazał mi lądować tu i tu, bo niby ładnie i relaksująco. A co mnie to obchodzi?! I kto mu dał prawo do podejmowania jakichkolwiek decyzji? Nie podoba mi się to. Ale niech będzie. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Po wylądowaniu zauważyłem kolejny raz to dziwne wyładowanie. W tym samym miejscu patrząc w mojego fotela. Mniej więcej na poziomie statku na godzinie 10. Teraz mam pewność, że nie był to piorun. Wydaje się, że... Nie. Nic mi się nie wydaje. Nie rozumiem tego. I nie mam jak zbadać sprawy. Co to za idiocki pomysł był, żeby nie brać nawet podstawowego sprzętu badawczego! Nic. Tylko oczy. Niepewność co do natury tych wyładowań (lub widziadeł) przekonała mnie, że rozsądnym by było zmienić planetę. Była tam inna. Kolejna kula zamarzniętego czegoś. No. Nawet tego sprawdzić nie mogę. Ale komputer nie pozwala przeprowadzić rozruchu. Co tu się... Ehh... Będę dalej próbował. Mam nadzieję, że takie wymuszanie startu nie odbije mi się czkawką...
Przerwanie ekspedycji przed osiągnięciem celu nie do zaakceptowania.
Cmdr Rolenton

.png)
.png)
.png)
.png)