jorma napisał:
Dobra, moje pierwsze wrażenia dla wszystkich, którzy zastanawiają się czy nabyć to to, czy lepiej poczekać na Star Citizena, czy tam dalej łupać sobie w Elitkę, czy co tam jeszcze lubicie robić ze sobą.
Wszystko zależy od kontekstu w jakim spozieracie na tę grę, ponieważ jeśli spodziewacie się potężnej symulacji statkolotów z ogromnym i dynamicznym rynkiem podaży, popytu i zbytu, z systemem politycznym, w którym ścierają się przeróżne poglądy, od kosmokomunistów po jakichś tam pangalaktycznych liberałów, na które to mamy wpływ, z milionami niezbadanych systemów do odkrycia i opisania i jeżeli dodatkowo marzycie o budowie floty w której skład wchodziłyby frachotwce, drobnicowce i kosmolotniskowce, to pewnie powiecie, że “przyszykowano wam crap dziesięciolecia”. Ja od samiuteńkiego początku nastawiłem się na produkt, do którego nie przywiążę się zbytnio właśnie z powodu tych powyższych ograniczeń, w sensie nie spędzę przy nim iluś tam lat, jak w przypadku Elitki, natomiast liczyłem na to czego brakuje tej całej Elitce. No i powiem wam, że właśnie to wszystko dostałem – rasową napierdalankę w kosmosie, z konkretną ściśle wyznaczoną fabułą, z konkretnymi wyraźnie narysowanymi charakterami postaci i z delikatnym przymrużeniem oka, czyli z tym takim elementem humanizmu, którego nie uświadczy się w zimnej pustce przestrzeni z Elity. Ale zaznaczam jeszcze raz – to nie jest symulator. To jest klasyczna strzelanka z elementami szmuglerki, handelku i odrobiną większą lub mniejszą piracenia. Ot taka zabawa w Malcolma Reynoldsa w wersji kobiecej.
Graficznie – co kto lubi. No jest to żywcem wyjęty styl z Wing commandera, ale mi osobiście odpowiada. Są wybuchy, śmigajace pociski, płonące statotkoloty w Pasie Oriona, czy tam wiązki cezu błyskające w ciemnościach u Wrót Tannhausera. Są knajpy, można przepuścić fortunę w bilarda, można wygadać się barmanowi. Jest muza, w większości same stonery plus jakieś latino i troche klasyki, ale można wrzucić sobie muze na empetrzy. Można statkoloty przemalować na sposób jaki się wam żywnie podoba. No ale sama bitka jest sednem tej gry. I sprawdza się wyśmienicie, szczegolnie jeśli korzysta się z fajnego bajeru jakim jest automatyczne śledzenie wrogich jednostek, co sprawia, że walka jest bardzo efektowna i bardzo filmowa. Oczywiście dla starych wyjadaczy jest też tryb oldschoolowy, w ktorym toczy się normalne pojedynki czyli zabawę w kota i myszę.
Przyczepić mogłbym się do kolorystyki – te wszystkie odcienie różowatości nie za bardzo pasują mi do przestrzeni kosmosu, ok, taka stylistyka, ale troche bardziej stonowane byłyby raczej bardziej na miejscu. Na szczęście liczę na mody, być może prędzej czy później zapaleńcy wezmą się za ten tytuł. Dodatkowo szkoda, że nie pokazana łapek naszej pilotki jak obsługuje stery, co było bardzo sympatycznie pokazane już w Wing commanderze ze trzydzieści lat temu co zwiększałoby dodatkowo imersję (jak ja nienawidzę tego słowa), która to i tak stoi na bardzo wysokim poziomie. No i kolejna sprawa to głosy. Rozumiem, że główna bohaterka to laska 30+, ale biorąc pod uwagę główny motyw fabuły, mogłaby trochę bardziej chętnie wyrażać emocje, chociaż na szczęście nie są to dialogi nagrywane przez polskich aktorów, których szczerze nienawidzę i które kojarzą mi się z odgrywanym spektaklem Dziadów w teatrze dramatycznym dla geriatrii, więc teoretycznie też można to przełknąć. Aha i sterowanie, a raczej ustawienia przycisków. Ja gram na joy’u z przepustnicą i miałem problemy z przypisaniem co poniektórych przycisków – po prostu niektóre są zdefinowane na stałe i nie da się ich zmienić albo następują konflikty, na szczęście jest ich tak niewiele, że można to łatwo obejść. Na padzie nie chciało mi się grać.
Czy opłaca się wydać siedemdziesiąt kilka złotówek na grę, to musicie odpowiedzieć sobie sami. Ja jestem zadowoloy z produktu, biorąc pod uwagę, że tworzyło go tam z pięciu kolesi, nie kosztuje on pierdyliarda dolarów i nie jest w fazie alfa od pięciu lat. Przy okazji traktuję go też jako pokazenie jęzora Robertsowi, z którego dorobku właśnie korzystali tworcy Rebel Galaxy. Tak jakby wołali do niego – “Hej, Chris, popatrz, jaką fajną naparzankę zrobiliśmy, a ty i banda tysiącapięciuset twoich kolesi siedzi i grzebie sobie przy jednej grze, która nigdy nie zostanie wydana.” Poza tym jest posucha na rynku, więc tak czy siak Rebel musiał do mnie zawitać.