The Winged Hussars - Forum
Husarska Kolonia - Wersja do druku

+- The Winged Hussars - Forum (https://forum.thewingedhussars.com)
+-- Dział: Maskelyne Vision - Elite Dangerous (https://forum.thewingedhussars.com/forumdisplay.php?fid=4)
+--- Dział: Galeria sztuki im. Jade "Maliny" Rockatansky (https://forum.thewingedhussars.com/forumdisplay.php?fid=18)
+--- Wątek: Husarska Kolonia (/showthread.php?tid=2524)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11


RE: Husarska Kolonia - TeddyPanda - 11.02.2017

Dzień Osiemdziesiąty - Propozycja

- Masz jakiś problem? Ten Ziemski, stary rytuał był całkiem ciekawy.
- Nie mam żadnego, oprócz tego, że chcesz zrobić ze mnie księdza!
Colon przeklęła tak siarczyście, jak tylko ona była w stanie.
- A kto ma niby nim zostać! Może Hector co?
Myśl o tym sprawiła, że poczułem się dziwnie.
- Weź Valencię. Ona się na tym lepiej zna niż ja!
- To mofe byf fyfko fafet - stwierdziła Valencia z ustami pełnymi ziemniaków
- Słyszałeś Tadek? 
- Nie i tyle, wystarczy że już raz zrobiłem z siebie debila.
- Nie fefadzaj - Valencia przełknęła w końcu jedzenie - Byłeś zabawny
Spojrzałem na nią z wyrzutem
- To przypadkiem nie oznacza tego samego?
- Dobra nie zamierzam się ciebie prosić - warknęła Tammy - nie to nie
- Ale ja mogę - powiedziała Valencia - no zgódź się Głuptasie! Prosimy!
Valencia uśmiechnęła się w taki sposób w jaki umiała tylko ona. I wygrała.
- Dobrze już, dobrze, cholera.
- Dzięki - powiedziała Colon do mojej żony

I tak oto w ten sposób stałem się kapłanem udzielającym ślubu. Nigdy nie spodziewałem się, że do czegoś takiego doprowadzi mnie kariera pilota. Życie niekiedy bywa przewrotne. Na szczęście tym razem nie było żadnych większych zgrzytów podczas ceremonii dzięki czemu z czystym sumieniem mogłem wygłosić triumfalne.

- A więc ogłaszam was mężem i żoną - skinąłem w stronę Rene - możesz pocałować.

Zakochani zbliżyli się do siebie i wykonali polecenie. Widok ten nadspodziewanie mnie ucieszył. Nigdy wcześniej nie widziałem tak szczęśliwej Colon.

[Obrazek: SZ5aRDp.png]

- Za rzadko się uśmiechasz - powiedziałem kiedy dołączyli do nas przy stole
Colon przyjęła tę uwagę nadzwyczaj ciepło
- Może
I nagle zapragnąłem powiedzieć coś jeszcze.
- Colon
- Tak?
- Wspominałaś kiedyś, że masz rodzinę na Syriuszu
- Owszem i co z tego? - zmierzyła mnie badawczo spode łba
- I, że nigdy nie mięliście zbyt wiele kredytów
Lekko się zawstydziła, próbowała jednak nie dać tego po sobie poznać co nieszczególnie jej wychodziło
- Nie lubię o tym gadać - odchrząknęła patrząc gdzieś w pustą przestrzeń na suficie
Chwyciłem kubek wody, który miałem pod ręką i upiłem z niego spory łyk.
- Zatem obiecuję, że gdy wrócimy nigdy nie zabraknie wam kredytów. Tobie i twojej rodzinie. Rzecz jasna wliczam w to Rene.
Rene wyprostował pierś najwyraźniej bardzo dumny z moich słów. Uniósł swój kubek w górę i zawołał.
- Mały toast! Za powrót do domu!
Mimo, że formalnie tylko ja i Colon pochodziliśmy z bańki wszyscy zgodnie nazywali ją domem. Rene robił to ze względu na Colon, Valencia na mnie, a Hector... Cóż, dla człowieka, który całe życie, wbrew swej pogodnej naturze otoczony był przez brutalnych piratów takie marzenie również stało się nadzwyczaj kuszące.
- Za powrót! - wspólnie krzyknęliśmy
Upiłem do dna swój kubek. Dopiero po kilkunastu sekundach spostrzegłem, że Colon nie wypiła swojego, a w dodatku milczała wciąż wpatrując się we mnie w głębokim skupieniu.
- Czego chcesz w zamian?
Na początku się lekko się roześmiałem, jakby nie do końca przekonany, że mówi poważnie, w końcu jednak musiałem odpowiedzieć.
- Nic Tammy, naprawdę to żaden problem!
- Zawsze jest coś za coś - powiedziała stanowczo - Czego chcesz?
Tym razem kompletnie zbiła mnie z tropu. Atmosfera zgęstniała, wszyscy ucichli czekając z napięciem na moją odpowiedź. Wiedziałem, że teraz muszę czegoś zażądać. I tak się akurat składało, że miałem czego.
- Gdy wrócimy wstąpisz do Skrzydlatej Husarii i zamieszkasz na Maskeline Vision. Dopilnuję by sam Hetman Mathias Shallowgrave zatwierdził twoją kandydaturę.
Colon wydała się dziwnie obojętna słysząc nazwisko jednej z najbardziej wpływowych osób w galaktyce.
- Kim jest ten Shallowcośtam? - spytała niepewnie Valencia
- To mój szef - wyjaśniłem
- Mówiłeś, że masz własną wytwórnie filmową! - zaprotestowała
- Jedno nie wyklucza drugiego. To jak Colon mamy deal?
- A co mam robić dla tej Skrzydlatej Husarii?
Uśmiechnąłem się od ucha do ucha, bo czekałem aż Tammy poruszy tę kwestię.
- To co tutaj oczywiście! Nie widziałem wcześniej aby ktoś tak świetnie walczył wręcz!
- Chcesz bym dla was zabijała.
- Nie - zaprzeczyłem kręcąc głową - chcę byś była komandosem, albo agentem. Jak zresztą wolisz! Wiem, że to lubisz Tammy, a także to, że pragniesz przygody, że kochasz wyzwania i ryzyko. To właśnie ci proponuję!
Tammy przez chwilę milczała rozważając w myślach za i przeciw.
- Deal - stwierdziła w końcu
- Zatem drugi toast!


RE: Husarska Kolonia - TeddyPanda - 21.02.2017

Po krótkiej przerwie wracamy z nowymi odcinkami Smile

Dzień Osiemdziesiąty Czwarty - Wybuchające Żółwie 2

Wczesnym rankiem nasze skanery wykryły dziwne zachowanie wędrującego nieopodal stada wybuchających żółwi. Obraz przesyłany z sondy jednoznacznie pokazywał, że zwierzęta pędzą wprost do naszej osady. Colon, która po swoim ślubie ani na chwilę się nie rozleniwiła i jeszcze ciężej pracowała zarówno nad badaniami naukowymi jak i rozbudową bazy śledziła w skupieniu jak wściekła fauna pędzi w morderczym szale przez las.
- Zbierz ludzi na stanowiska - poleciłem jej.
Colon skinęła głową i wystukała sygnał przez radio po czym oboje ruszyliśmy w stronę bramy. Wkrótce potem dołączyła do nas reszta Koloni. Nana - ze swoim wielkim karabinem snajperskim, Hector i jego przestarzały karabin, McClain z wyrzutnią no i ja z blasterem. Colon stanęła na tyłach aby nas asekurować.

Cały ten szyk bojowy, rozplanowanie pozycji i taktyka nie miały znaczenia, ponieważ wystarczył jeden strzał. Kiedy zwierzęta wkroczyły na dziedziniec wystrzeliłem niemalże na ślepo blasterowy pocisk, ten trafił centralnie w odwłok jednego z żółwi co spowodowała eksplozję. Tak zaczęła się reakcja łańcuchowa. Żółwie obok zapaliły się, ogień przepalił ich skorupy i również eksplodowały, a następnie kolejne i kolejne, aż ani jedno stworzenie nie pozostało przy życiu. Dziedziniec zajął się ogniem, jednak dzięki jego przemyślanej strukturze - pożar nie miał szans wkraść się do środka bazy. Spłonęła jedynie trawa i kilka drewnianych pułapek. 

[Obrazek: G7yQ1Ie.png]


RE: Husarska Kolonia - TeddyPanda - 21.02.2017

Dzień Dziewięćdziesiąty Pierwszy - Dziecko

- Łindzia mówić, blada twarz słuchać!
Głos z komunikatora wydawał się być stanowczo zbyt głośny, jakby osoba posługująca się nim pierwszy raz go używała.
- Mamy video z góry - powiedziała Colon po czym za pomocą multinarzędzia rzuciła obraz na ścianę.
Obraz był niewyraźny, ponieważ padał deszcz. Duża grupa ludzi ubrana w skóry zmierzała w stronę bramy. Nigdy do końca nie wiedzieliśmy jakie Fioletowi mają wobec nas zamiary, ale zgodnie wraz z Tammy doszliśmy do wniosku, że nie warto z nimi niepotrzebnie zadzierać. Plemię było niczym dzikie zwierzę, teraz syte i nie zainteresowane polowaniem, ale sytuacja ta mogła się zmienić w każdej chwili.
- Blada twarz słuchać. - powiedziałem ostrożnie do mikrofonu
- Łindzia handel Blade Twarze, skóry i srebro!
I rozłączył się.

Zgodnie z poleceniem przygotowaliśmy srebro oraz nieco skór żółwi, mawołów i jeleni. Jak zawsze nakazałem swoim ludziom nie spuszczać z oka ani jednego z dzikusów, a także trzymać broń w pogotowiu na wypadek ataku z zaskoczenia. Fioletowi weszli do naszej osady, ale wcześniej jako znak dobrej woli ostrzegłem ich o pułapkach, które znajdowały się w korytarzu prowadzącym na dziedziniec. Tym razem nasi znajomi okazali się być jakimś odłamem myśliwych tudzież łowców głów. Wszyscy posiadali broń dystansową, długie i krótkie łuki, a także identyczne błękitne tatuaże na całych twarzach.

- To łowcy niewolników - szepnęła Colon.
I faktycznie mogła mieć rację, ponieważ nie wszyscy goście posiadali znaki przynależności plemiennej. Dopiero wtedy zauważyłem, że troje z nich było skutych w kajdany i nie posiadało tatuaży. Byli to kolejno stary, siwy mężczyzna, który wydawał się być pogodzony ze swoim losem, miał spuszczoną w dół głowę i spoglądał beznamiętnie na swego zniszczonego buta (posiadał tylko jednego). Drugą osobą był młody, przystojny młodzieniec o błękitnych oczach i czarnych długich włosach. Widziałem, że jest przerażony, a gdy tylko nasze spojrzenia się spotkały krzyknął.
- Błagam, wybierzcie mnie, wybierzcie mnie!
W odpowiedzi na to jeden z Łowców warknął złowieszczo i uderzył go w tył głowy. Chłopak pisnął ze strachem po czym natychmiast zamilkł.
Trzecią osobą była bardzo młoda dziewczyna, na moje oko nie była jeszcze dorosła. Twarz miała wychudzoną i kościstą, usta cienkie i małe, a jej oczy. Cóż, powiedzieć że były martwe to epitet stanowczo zbyt małego kalibru. Ta dziewczyna miała puste, czarne oczy, dosłownie jakby była jakimś zombie.


- Blada Twarz zabrać niewolnik, Łindzia wziąć srebro i skóry!
Tak bez wątpienia to było polecenie. Sęk w tym, że Fioletowi naprawdę cenili swój towar i gdy tylko dałem im do zrozumienia, że najchętniej wziąłbym wszystkich Łindzia wydali z siebie ciąg groźnych pomruków.
- Blada Twarz ma nie dość srebro i skóry. Blada Twarz wybrać jeden człowiek!
Sytuacja stała się więc nieco skomplikowana zarówno technicznie jak i moralnie. Musiałem ocenić kto najbardziej się nam z tej trójki przyda. Na początku wyeliminowałem starca, który jak przypuszczałem nie przyda się zbytnio ani w rozbudowie bazy, ani w żadnych innych wymagających wysiłku fizycznego aktywnościach.

Przekląłem na głos. Pierwszy razy w życiu, choć już wcześniej miałem do czynienia z handlem niewolnikami (sporadycznie zajmowałem się transportem usankcjonowanych niewolników Imperialnych) musiałem wybierać który z nich zostanie oswobodzony! 

Tym razem z pomocą przyszła Valencia.
- Bierz dziewczynę! - poleciła.
Twarz Valencii wydawała się być nadzwyczaj zdeterminowana.
Młoda niewolnica o martwych oczach nie zwróciła w ogóle uwagi na słowa mojej żony, które być może zaważyły o jej losie. Zrobił to jednak stojący obok młodzieniec.
- Nie! - ryknął - wybierzcie mnie, proszę, błagam! - w odpowiedzi kolejny raz dostał po głowie.
Sam skłaniałem się raczej ku niemu. Dodatkowa para mięśni mogła się przydać. Takiego samego zdania była najwyraźniej Colon, która zaczęła z aprobatą potakiwać oraz Hector, ale powód jego zainteresowania był raczej inny.
- Bierzemy przystojniaka - stwierdziła Colon - na szczęście Rene tego nie słyszał, albo nie chciał słyszeć i tylko przyglądał się czujnie wszystkim dzikusom.
- Nie! - powiedziała ze złością Valencia - Tadek spójrz na tę dziewczynę, to przecież dziecko!
Faktycznie Niewolnica wyglądała na niepełnoletnią, bo mimo, że jej twarz była wychudzona to miała zauważalnie  dziecinne rysy twarzy. Nie przypominała jeszcze kobiety takiej jak Valencia czy Colon. 
- W sumie masz rację - zgodziłem się z żoną - weźmiemy dziewczynę!
To była krótka i szybka refleksja. Gdybym wybrał kogoś innego miałbym to do końca życia na sumieniu. Łowcy zabrali kilka skór oraz srebro, rozkuli dziewczynę, po czym odeszli. Valencia pocałowała mnie z zadowoleniem w policzek. 
- To nadmierne poczucie moralności cię kiedyś zgubi - prychnęła Tammy.
- Taki piękny młodzieniec! - westchnął Hector.
Rene uśmiechnął się do mnie porozumiewawczo. Tak on bez wątpienia był zadowolony z wyboru.
Podszedłem do dziewczyny i położyłem dłoń na jej chudym ramieniu.
- Jesteś teraz wolna - powiedziałem - zostań z nami jeśli chcesz żyć - i wyciągnąłem do niej druga rękę niczym pewien cybernetyczny organizm z filmu sprzed tysiąca lat.
Dziewczyna uścisnęła moją dłoń, jednak zrobiła to nie patrząc mi w oczy. Nic dziwnego, musiała być przerażona.
- Nic ci już nie grozi - spróbowałem dodać jej otuchy - jak masz na imię?
- Gabela - odpowiedziała krótko, a jej wargi zadrżały z niepewności.
- Rozejrzyj się po osadzie - powiedziałem - w środku znajdziesz ciepły posiłek, oraz nowe ubrania (Gabela miała na sobie jedynie coś co przypominało podarty worek na ziemniaki). Valencia cię oprowadzi.
Przywołałem niewerbalnie Valencię, która zbliżyła się i stanęła obok.
- Cześć! Mam na imię Nana! - powiedziała wesoło
- Pokaz jej wszystko i daj kwaterę za korytarzem, wiesz którą.
Valencia skinęła posłusznie głową.

[Obrazek: rhL4mS6.png]


RE: Husarska Kolonia - TeddyPanda - 21.02.2017

Dzień Dziewięćdziesiąty Drugi - Bogini Aisling

Pchnąłem powoli drzwi do kwatery Gabeli. Dziewczyna klęczała na kolanach zamkniętymi oczami i zaciśniętymi wargami i chociaż nie mogła nie usłyszeć mojego wtargnięcia nie zwróciła na nie uwagi.
- Chciałem pogadać - powiedziałem.
Gabela w milczeniu wyciągnęła do mnie łagodnie otwartą dłoń po czym zaczęła powoli puszczać rękę w dół jakby nakazując mi milczenie, następnie splotła palce, odchyliła głową do góry i zaczęła mówić.
- Chwała tobie, najwyższa Bogini ziemi, słońca i gwiazd. Chwała tobie wielka Uhuro. Niepokalana matko wszystkich istot wysłuchaj mej modlitwy!
Dziewczyna położyła się na wznak na podłodze i kontynuowała przemowę.
- O wielka Niebieska Bogini zabierz mnie do swego Białego Królestwa!
Czy ona przypadkiem nie modli się do...?
Gdy to zrozumiałem wybiegłem z pokoju.

- Colon szybko!
- Czego - spytała Colon łypiąc na mnie spode łba przerywając kopanie nowego korytarza. 
- Ta nowa chyba modli się do Aisling Duval!
Colon otworzyła szeroko oczy i puściła kilof, który prawie spadł jej na stopy.
- Co?!
- Niebieska Bogini, Białe Królestwo, to nie może być przypadek!
- Idziemy! 

Gdy wróciliśmy do kwatery Gabeli ta wciąż odprawiała swoje modły.
- O wielka Uhuro! - ryknęła głośno gdy tylko nas zobaczyła.
- Tja dobra zamknij się - przerwała jej Tammy
- Kim jest ta Twoja bogini
Gabela robiąc obrażoną minę wyciągnęła z kieszeni worka uszkodzone nieco zdjęcie. Znajdowała się na nim młoda kobieta o niebieskich włosach i w białej sukni. Bez wątpienia Aisling Duval!
- Skąd to do cholery masz?! - warknęła Colon

I tak dowiedzieliśmy się o tym, że Uhura, bo tak nazywała Aisling nasza nowa kolonistka jest Boginią z gwiazd, która pewnego dnia miała przybyć na ten świat i zabrać Gabelę oraz resztę jej małej sekty do świata gdzie osiągną zbawienie i życie wieczne. Niestety nie udało nam się dowiedzieć skąd dziewczyna wzięła tę fotografię. Doszliśmy do wniosku, że jakiś inny, nieznany nam pilot został tutaj przypadkiem to zdjęcie, po czym znalazło je kilku bardziej nawiedzonych mieszkańców planety i tak rozwinął się kult naszej Cheerliderki Imperialnej. Aisling była by pewnie przeszczęśliwa gdyby się dowiedziała.

- Cóż, może uda mi się załatwić jej audiencję gdy się stąd wydostaniemy. 
- Znałeś Aisling?
- Nie osobiście, ale krótką chwilę dla niej pracowałem. Z kolei Ona - i tu wskazałem na Gabelę, która wróciła do modłów - Mogła by się przydać księżniczce, w końcu to była niewolnica co nie?
Colon przytaknęła.
- Zauważyłeś, że ona wciąż chodzi w tym worku?
- Tak, to pewnie część jej religii...


RE: Husarska Kolonia - TeddyPanda - 21.02.2017

Dzień Sto Piąty i Sto Szósty - Husarska Potęga

Dwa ataki w dwa dni! I oba, które okazały się wielkimi zwycięstwami! W sto piątym dniu zaatakowały nas ponownie mechanoidy, jednak tym razem nie rozbiły swego statku nieopodal bazy a przyszły pieszo. Na szczęście nasza linia obronna została już całkowicie ukończona i gdy tylko roboty wdarły się na dziedziniec rozpoczęliśmy ostrzał. Pomogły nam również ustawione na północnej ścianie wieżyczki automatyczne, które wypluwały ogień biorąc przeciwnika z flanki, co było wręcz zabójczo skutecznym rozwiązaniem. Kosiarze - czyli małe jednostki roju padły po kilku chwilach będąc pod ogromnym strumieniem ognia, a po chwili zrobił to także olbrzymi, ciężki Wij. Nasze straty? Jedynie drobne poparzenia, których nabawił się Hector. Z tego się nawet ucieszyłem, bo nie będzie cały czas za mną chodził! Z kolei Gabela okazała się bardzo dobrym strzelcem pomimo swojego niedoświadczenia i młodości walczyła z należytym zaangażowaniem i zaciekłością. Postanowiłem, że naprawdę postaram się załatwić tę Audiencję u Aisling!

[Obrazek: N17bOqm.png] 
Kolejnego dnia wywołało nas radio. Pewna starsza kobieta uciekała przed bandą piratów. Byliśmy świeżo po wielkim zwycięstwie nad mechanoidami, nasze morale podniosły się dlatego zgodziliśmy się zaoferować jej schronienie. Efekt? Dołączyła do nas kolejna osoba, która od razu przystąpiła do pomocy w kuchni. Piratów spotkał podobny los do roju - zostali wyrżnięci w pień. 

Co innego mogło nam zagrozić? Byliśmy silni i potężni jak nigdy. Husarska Kolonia prosperowała i stała się niezdobytą, niezwyciężoną twierdzą. Nasi sojusznicy często odwiedzali nas oferując najróżniejsze egzotyczne towary, handel orbitalny kwitł i nawet Fioletowe Plemię odnosiło się do nas z należytym szacunkiem. Wciąż powiększaliśmy i rozbudowywaliśmy naszą bazę, jednak coraz więcej czasu poświęcaliśmy na zabawę i relaks, zwłaszcza po tym kiedy udało nam siezacząc produkować piwo! Wieczorami wraz z Hectorem i McClainem grywaliśmy w bilard (tak bilard!) i staliśmy się dobrymi przyjaciółmi. Samantha i Gabela okazały się bardzo cennymi ogniwami naszej grupy. Ta pierwsza tak jak mówiłem pomagała przy produkcji żywności, ale także była całkiem dobrym lekarzem, a Gabela pomagała Colon przy wykopaliskach oraz przenoszeniu towarów wdłuż naszych lini zaopatrzeniowych. Z racji na swój charakter poprosiła aby jej pokój był pusty i pozbawiony wszelkich upiększaczy - na co przystałem. Dziewczyna była ascetką, która cały swój wolny czas przeznaczała na modlitwę i medytację i chociaż było to dla mnie nieco głupie (bo dla kogo nie jest dziwaczne modlenie się do Aisling Duval) akceptowałem ją taką jaka jest.
Nikt z nas nie chciał wracać do domu. W tych dniach naprawdę zżyliśmy się ze sobą i byliśmy jedną wielką rodziną. Nawet Colon wydawała się być nieco bardziej miła niż zazwyczaj i przestała docinać co po chwilę Valencii. Zresztą na Valencię mógłbym poświęcić cały rozdział ale uwierzcie mi że byłby on za bardzo zboczony by go tutaj umieszczać! 

Husarska Kolonia była silna, była potężna i stała się znaczącym graczem w okolicy. To był nasz złoty okres, nasz czas. Czułem, że moglibyśmy rozpocząć ekspansję i zacząć zasiedlać nowe miejsca, bądź przekonać sojuszników do zjednoczenia się i wspólnymi siłami zniszczenia wszystkich naszych wspólnych wrogów. Czułem, że moglibyśmy znaleźć i spalić cały ten chędożony rój cyborgów!


RE: Husarska Kolonia - TeddyPanda - 21.02.2017

Dzień Sto Dziewiętnasty - Wataha

Za pomocą konsoli łączności wywołałem sojuszników z Tailor Mesy. Po chwili usłyszałem znajomy, nieco zagłuszany przez zakłócenia miły kobiecy głos.
- Tailor Mesa zgłasza się! Jak się ma Wzgórze Pand?
- Dziękuję, nieźle. A wy?
- Wczoraj mieliśmy atak, ci cholerni Fioletowi. Nie rozumiem jak możecie utrzymywać z nimi przyjazne stosunki!
- W sumie wystarczy być miłym i robić to co mówią.
Kobieta z konsoli westchnęła, a następnie zmieniła temat.
- Rozumiem, że łączycie się w jakimś konkretnym celu.
- Ach tak! - potwierdziłem - Nasze magazyny nieco się zapełniają! mamy całkiem sporo skór i metalu. Moglibyście przysłać swoich ludzi, ponoć potrzebujecie materiałów.
- Oczywiście, oczywiście - zaśpiewała moja rozmówczyni - natychmiast wyślemy karawanę!
- Dzięki, to tyle i powodzenia!
- Wam też!
Zamknąłem połączenie i wyszedłem z pokoju łączności, który teraz służył też jako pracownia naukowa (zmieniliśmy nieco rozkład pomieszczeń). Przeszedłem przez pokój rekreacyjny, gdzie spotkałem Hectora, który starał się nauczyć gry w bilard Gabelę.
- Cześć Tadek! - zawołała dziewczyna - Hector jest w tym naprawdę niezły - powiedziała wskazując kijem, który dzierżyła na stół z bilami.
- To zagraj z Rene - powiedziałem uśmiechając się - Hector to przy nim płotka!
Hector zaczerwienił się nieco i udał rozbawionego. Wyszedłem na zewnątrz. Valencia już jakiś czas temu zasadziła róże, które pięknie kwitnęły tuż przy południowych drzwiach do bazy. Chwilę później zobaczyłem ją odpoczywającą w cieniu wzgórza. Gdy nasze oczy się spotkały dziewczyna rozchyliła dekolt i seksownie mrugnęła.
To jest życie!
Chwilę później minąłem Colon, która transportowała właśnie do bazy sporą rudę metalu.
- Ty nigdy sobie nie zrobisz przerwy - powiedziałem.
- Ta sielanka może minąć w każdej chwili - prychnęła
I dosłownie w tym momencie dostałem sygnał z sondy obserwacyjnej.
- Wywołałaś wilka z lasu! - rzuciłem do niej lekceważąco
- Lepiej sprawdź co to jest - poleciła
- Pewnie znowu jacyś frajerzy będą próbować nas załatwić! Nie wiem nawet czy powoływać ludzi, wieżyczki powinny sobie poradzić!
Colon upuściła rudę i sama z wściekłością włączyła swoje multinarzędzie. Przez chwilę wpatrywała się w niego z lekkim niedowierzaniem.
- Powołuj ludzi. Natychmiast! - krzyknęła
Uśmiechnąłem się.
- Kurde nie dramatyzuj
Tammy spojrzała na mnie z pogardą i wstrętem, jakbym właśnie paskudnie ją obraził.
- Tak?! - ryknęła - No to patrz do cholery!
Przystawiła mi do oczu swoje multinarzędzie, a ja na obrazie z kamer zobaczyłem biegnącą ku nam olbrzymią watahę wściekłych dzików. Było ich co najmniej kilkanaście! Wieżyczki w życiu sobie z nimi nie poradzą.
- Jasny gwint - przekląłem i szybko uruchomiłem sygnał ostrzegawczy - Wszyscy do broni i na pozycje! - krzyknąłem przez radio nie odwracają wzroku od obrazu zbliżającego się stada - mamy problem!

[Obrazek: p1YBh38.png]

Udało nam się dobiec na pozycję zanim mordercza sfora dotarła na dziedziniec. Zajęliśmy pozycje w standardowym szyku - osoby z najkrótszą bronią czyli ja i Samantha przy wejściu do bazy. Następnie McClain i Hector z karabinami, które posiadały średni zasięg, aż  po skrajną północ i południe gdzie stały Nana i Gabela z bronią długą czyli karabinem powtarzalnym i snajperskim. Przy samym wejściu oczywiście czekała Colon, która w razie wtargniecia miała dobić przeciwnika swoją pałką.

- Gotowi? - spytałem

Lecz zanim to się stało horda wściekłych zwierząt wybiegła z korytarza. Otworzyliśmy ogień ze swoich broni, a automatyczne wieżyczki zaczęły wypluwać pociski wiążąc zwierzęta w krzyżowym ogniu. Dziki wydały się jakby odporne na ból, bo pomimo licznych ran biegły dziko szarżując w naszą stronę. Co gorsza zwierzęta nieustannie napływały i wyglądały niczym stado wielkich szczurów! Było kwestią sekund kiedy przedrą się przez nasze umocnienia!

- Strzelać do cholery! - krzyczałem z wściekłością i wtedy jeden z dzików rzucił się na mnie gryząc i drapiąc swoimi wielkimi pazurami.

Dzik oberwał kolbą jednak to go nie zniechęciło i ponowił atak. Poczułem ból na klatce piersiowej, zwierzę powaliło mnie i rozpoczęła się mordercza szarpanina. Bestia zdarła i wypluła kawałek mojej skóry, a ja poczułem zapach swojej krwi. Na szczęście adrenalina nie pozwalała myśleć mi ani o silnie piekącej ranie, ani o strachu. W tym krótkim momencie moje myśli zostały zdegradowane do prostego instynktu, który mówił: Przeżyć - za wszelką cenę przeżyć! Udało mi się dosięgnąć spustu karabinu i wystrzeliłem  serię pocisków które przebiły na wylot drapieżnika. Jego wnętrzności wypłynęły na moje ciało i przez chwilę nieomal nie zemdlałem czując smród jaki się z nich wydobywał. Zrzuciłem z siebie martwe ciało i wstałem na równe nogi.

- Tadek! - ryknęła Colon przez interkom.

Dziki już na dobre wdarły się do środka. Krew była dosłownie wszędzie.

- Tadek! - krzyknęła Colon jeszcze raz - Ratuj dziewczynę!

Puściłem się biegiem na północną część umocnień, a za mną pospieszyła Gabela, która również posiadała kilka ran spowodowanych ugryzieniami. Colon walczyła wręcz z trzyma dzikami na raz i mocno krwawiła. Samantha i Rene również byli mocno ranni. O dziwo nigdzie nie zobaczyłem Rene, jednak to nie przeraziło mnie aż tak jak upuszczony karabin snajperski.

- Zabieraj ją stąd!

Valencia leżała na ziemi w kałuży krwi. Była nieprzytomna i ciężko ranna. Pobiegłem w jej kierunku i wziąłem na ręce. Jasna cholera!

- Tadek? - wymamrotała z trudem na chwile odzyskując percepcję
- Jestem przy tobie, nic ci nie będzie.
Dopiero teraz zobaczyłem, że nie ma lewego kciuka, który najwyraźniej został odgryziony,  a z kolei mały palec u prawej ręki został tak poszarpany, że nie miałem szans aby przywrócić go do sprawności. No chyba, że wrócimy kiedyś do bańki.

[Obrazek: rv056DC.png]

Po drodze zobaczyłem Rene. Kręcił się po okolicy bez broni, jakby wyraźnie zwariował. 
- Tadek to ty? - spytał pijanym głosem
Nie odpowiedziałem i ruszyłem dalej. Przekląłem w myślach wiedząc, że szpital wciąż znajdował się w budowie dlatego kopniakiem otworzyłem drzwi do naszej sypialni i położyłem na łóżku Valencię, która ponownie straciła przytomność. Jak najszybciej pobiegłem po leki oraz opatrunki. Dziewczyna posiadała liczne rany kłute i szarpane. Zacząłem w pośpiechu oczyszczać rany, a następnie opatrywać ją by zatamować krwawienie, które nie ustępowało. Valencia miała też paskudną  ranę postrzałową, która na szczęście znajdowała się w okolicach jamy brzusznej omijając płuca i serce. Po kilkunastu minutach skończyłem swoją pracę i ruszyłem na pomoc pozostałym.

[Obrazek: owiwDO0.png]

Kiedy wybiegłem na zewnątrz zobaczyłem wracających do bazy kolonistów. Wszyscy byli we krwi. Colon była z tej grupy ranna najciężej, jednak zdawała się najlepiej znosić swoje obrażenia. W zasadzie jej mina sprawiała wrażenie jakby nic się nie stało. Hector z kolei wył z bólu trzymając się za prawe ucho i dopiero po chwili zobaczyłem, że jest tam wielka dziura, a ta część ciała została odgryziona, tak samo jak jego prawy palec wskazujący. Gabela w porównaniu do reszta wyszła bez szwanku, posiadała jedynie drobne zadrapania i ugryzienia. Tak samo jak Rene, który kompletnie się załamał i nie zwracał uwagi co się dzieje. Najgorzej jednak wyglądała Samantha, a najgorzej to mało powiedziane! Jej lewe oko zostało dosłownie wyłupane z oczodołu i wyraźnie krwawiła. Gabela z trudem pomagała jej iść o własnych siłach. Wyglądało to przerażająco w połączeniu z jej wyglądem. Przypominała wiedźmę, czy tam czarownicę ze starych baśni i legend. 

Po raz pierwszy tak solidnie oberwaliśmy, jednak ja egoistycznie martwiłem się przede wszystkim o Valencię. Wiedziałem, że tej nocy nie zmrużę już oka, że muszę zająć się przede wszystkim swoimi przyjaciółmi mimo obrażeń, które poniosłem. Każdy potrzebował teraz mojej pomocy, każdy krwawił i cierpiał jak nigdy wcześniej. To będzie długa noc.

Ruszyłem w stronę Colon i chwyciłem ją na ręce.
- Sama sobie poradzę - warknęła
- Przepraszam - powiedziałem
- Za co?
- Za to, że zlekceważyłem zagrożenie
Dziewczyna prychnęła ale nie spróbowała się oswobodzić. Była wyczerpana, choć nie chciała o tym przyznać.
- Teraz to i tak nieważne.
I zamknęła oczy tracąc przytomność.
Zaniosłem ją do jej pokoju gdzie opatrzyłem i nakarmiłem, następnie przyszła kolej na Samanthę, Hectora a na samym końcu Gabelę. Później, gdy wiedziałem, że moim kolonistom nie zagraża niebezpieczeństwo sam się opatrzyłem. Krew była w każdym miejscu, na zewnątrz i wewnątrz, na korytarzach i na placu boju. Załamany Rene zasnął w trawie i mamrotał coś przez sen. Położyłem go w budynku więziennym, gdzie było jeszcze jedno wolne łóżko, po czym wróciłem do swojej sypialni i usiadłem przy Valencii. Nadal żyła.

Nigdy wcześniej tak nie oberwaliśmy! - pomyślałem znowu i jak nigdy zapragnąłem uciec z tej planety. Przez ostatnie dni zachowywaliśmy się jakby zapomniawszy jaki jest nasz cel. Jedynie Tammy zdawała się pamiętać, a ja przez swoją lekkomyślność naraziłem ich wszystkich na niebezpieczeństwo. I poniosłem za to karę.

Poczułem, że się rozklejam. Oczy napełniły mi się łzami i były to łzy pełne wstydu. Naraziłem ją na coś takiego!
- Nie umieraj - powiedziałem cicho.


RE: Husarska Kolonia - TeddyPanda - 21.02.2017

Takie małe info - pozostało jeszcze około dwadzieścia odcinków do zakończenia serii. Jeśli się Wam podoba, to oczywiście zrobię kontynuację z innym biomem i nowymi postaciami, nową fabuła itd. Wiem, że już trochę osób czyta dlatego dajcie mi znać jakie postacie chcielibyście zobaczyć w kontynuacji, lub jaki biom itp Smile Obecnie skłaniam się albo ku zimie, albo pustyni. Klimat umiarkowany jest dla mnie nudny, a w tropikalnym często pojawia się wkurzająca nieco malaria Tongue


RE: Husarska Kolonia - Kahea - 21.02.2017

wybierz losowe miejsce - wtedy jest najciekawiej i jako pisarza SI wybierz Randy'ego


RE: Husarska Kolonia - GROCHU - 21.02.2017

Ja bym nic nie zmieniał-postacie obecne mi pasują, ewentualnie klimat może być pustynny


RE: Husarska Kolonia - TeddyPanda - 21.02.2017

Dzień Sto Dwudziesty - Leczenie Ran

Obudziłem się wczesnym rankiem oparty głową o podwójne łóżko w swojej sypialni na którym odpoczywała Valencia. Dziewczyna spała, a krwotok ustąpił. Najważniejsze było, że żyła. Obejrzałem ją by sprawdzić jak goją się rany, a następnie ruszyłem do pozostałych. Pierwsza na liście była Colon. Kiedy otworzyłem drzwi do jej pokoju zastałem w środku Rene, który najwyraźniej czuwał przy niej całą noc, ponieważ wyglądał na niewyspanego. 
- Co się wczoraj stało? - spytał od razu gdy mnie zobaczył.
- Stado dzików, a wręcz horda - powiedziałem
Rene pokręcił głową z niezadowoleniem
- Mam totalną dziurę w głowie. Nic nie pamiętam!
- Totalnie się załamałeś, nie dziwi mnie to
McClain westchnął
- Przepraszam - szepnął
- To nie twoja wina - odpowiedziałem klepnąwszy go w plecy - było bardzo ciężko
- Czy ona z tego wyjdzie?
Colon oddychała z wyraźnym trudem. To chyba pierwszy raz kiedy była tak bezbronna.
- Powinna się wylizać. Daj mi ją obejrzeć.
Rene posłusznie odsunął się od łóżka, a ja przystąpiłem do pracy. Jej rany goiły się zaskakująco szybko.
- Twarda z niej bestia! Dzień lub dwa i stanie na nogi! Aż cieżko mi w to uwierzyć! Przecież ona walczyła z trzema wściekłymi dzikami na raz!
Rene zagwizdał z podziwem. Tak, bez wątpienia ta dziewczyna miała dar!
- Idę odwiedzić pozostałych, bądź przy niej kiedy się obudzi.
Wyszedłem i skierowałem się w stronę korytarza, za którym umiejscowiony był pokój Gabeli. Wszedłem do środka. Dziewczyna była już zdrowa i zastałem ją podczas medytacji. 
- Nic ci nie jest? - rzuciłem tylko
- Tak Tadeusz - odpowiedziała wychodząc na chwilę ze swego transu
- No to nie przeszkadzam!
Teraz kwatera Hectora. Wchodziło się tam z pomieszczenia rekreacyjnego. Hector leżał w łóżku, przytomny, ale jego twarz była wciąż przerażona.
- Cześć Hector
Daugherty odwrócił do mnie głowę akurat tą stroną po której nie miał ucha. 
- Nie da się tego naprawić? - zapiszczał
- Obawiam się, że nie. Nie tutaj.
- A tam, tam pośród gwiazd się da?!
W jego oczach zapaliła się nadzieja.
- Oczywiście - powiedziałem - Moglibyśmy wyhodować nowy organ z twojego własnego DNA, nawet jeśli nie wiesz co to znaczy. W każdym razie jest to możliwe. Co prawda koszta są wysokie, ale mogę ci to sfinansować.
- Jesteś kochany! - Krzyknął Hector
Tym razem postanowiłem cynicznie wykorzystać nadarzającą się okazję.
- Pod jednym warunkiem.
- Jakim, jakim?! - zaśpiewał Hector
- Przestaniesz tak do mnie mówić! Nie obchodzi mnie twoja orientacja seksualna, poza tym jestem żonaty. Wkurzasz mnie tym swoim gadaniem. Ile razy ci mówiłem abyś przestał?
Nastąpiło długie milczenie, ale w końcu Hector przełamał się i odpowiedział.
- Okej już nie będę.
- W takim razie gdy wrócimy do bańki dopilnuję żeby cię poskładali. Lubię cię Hector, ale spróbuj jeszcze raz do mnie powiedzieć "Kochanie" albo zdrobnić moje imię, albo cokolwiek innego w tym stylu i możesz zapomnieć o uchu.
- Zrozumiałem.
Tuż koło pokoju Hectora znajdowała się kwatera Samanthy. Przekląłem gdy pomyślałem o tym jak paskudnie ta kobieta skończyła, i że teraz przyjdzie mi się z nią spotkać sam na sam. Powoli otworzyłem drzwi. Samantha siedziała przy ścianie i płakała.
- Jak ja teraz wyglądam - krzyknęła gdy tylko wszedłem do środka. Gdy podniosła głowę aż mnie odrzuciło do tyłu.
- To nic to wszystko da się...
- Jak to nic! - ryknęła jeszcze głośniej - To jest dla ciebie nic? Przecież widzę jak na mnie patrzysz. Z odrazą do cholery!
Niestety miała rację. Kątem oka spostrzegłem, że przy łóżku leży kilka pustych butelek piwa.
- Na pewno nie chcesz mnie teraz ze sobą zabrać! - lamentowała - Po co ci jakaś stara baba!
Byłe lekko pijana. Zastanawiałem się czy alkohol był już tu wcześniej czy zabrała go sobie przed chwilą, kiedy się ocknęła.
- Nie mam - zgodziłem się - Ale to dlatego, że drzesz się na mnie bez powodu!
- Spójrz na to co te bestie mi zrobiły - to nie jest powód?! - wskazała palcem na pokryte opatrunkiem oko.
- Gdyby nie ja już byś nie żyła - odpowiedziałem twardo
- I teraz zamierzasz mi to wypominać?! Może mam ci jeszcze dziękować do cholery!
Teraz naprawdę się wkurzyłem.
- No nie zaszkodziłoby!
I wyszedłem trzasnąwszy drzwiami.
Skierowałem swe kroki z powrotem do sypialni. Wszedłem do środka gdzie jak się okazało Valencia odzyskała przytomność.
- Siemka - powiedziałem.
Dziewczyna miała smutną minę. 
- Cześć.
Usiadłem na łóżku.
- Jak się czujesz? Boli?
- Trochę - powiedziała Valencia po czym skinęła na swoje dłonie
Ja również na nie spojrzałem.
- Będziesz mnie kochać? Nawet taką? - spytała
- To żaden problem. Naprawimy dłonie! Gdybym miał odpowiedni sprzęt sam mógłbym to zrobić! Prosta operacja na poziomie studenckim!
- Nie o to pytałam
Włożyłem rękę pod kołdrę by upewnić się, że wczoraj niczego nie przeoczyłem. Upewniałem się tak przez jakiś czas, a gdy humor Valencii wystarczająco się poprawił wyciągnąłem ją z powrotem i wyszczerzyłem zęby.
- Cyckom nic się nie stało! Masz szczęście! Wycofuję pozew o rozwód!
- Och już się bałam! - i parsknęła śmiechem
Czasami warto walnąć coś głupiego aby rozładować sytuację. Dziewczyna w mgnieniu oka jakby przestała się przejmować tym co się jej stało. Wkrótce potem przyniosłem jej posiłek, po czym zrobiłem to samo dla pozostałych towarzyszy w czym chętnie pomogła mi Gabela. W przypadku Samanthy, która nadal była wściekła bez słowa położyłem jedzenie przy drzwiach i odszedłem. Następnie wraz z moją młodą pomocniczką zajęliśmy się sprzątaniem plam krwi i błota. Pozwoliłem też Rene, który wciąż odczuwał spore poczucie winy pozostać przy Colon. Gdy uprzątnęliśmy całą krew zabrałem się za naprawianie uszkodzonych automatycznych wieżyczek.